Blog galaktyczny.pl https://galaktyczny.pl Recenzje, testy smartfonów, opinie, poradniki, gaming, gry Sat, 03 Dec 2022 20:15:06 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.0.3 Nowy zestaw LEGO Speed Champions. Tym razem to Nissan Skyline GT-R Briana O’Connera https://galaktyczny.pl/2022/12/03/lego-speed-champions-nissan-skyline-gt-r/ https://galaktyczny.pl/2022/12/03/lego-speed-champions-nissan-skyline-gt-r/#respond Sat, 03 Dec 2022 20:15:02 +0000 https://galaktyczny.pl/?p=85128 Napiszę tak szczerze – im jestem starszy tym bardziej lubię LEGO. LEGO ma teraz świetny czas i co chwilę pojawiają się kapitalne zestawy, które coraz rzadkiej są tylko dla dzieci. Na pewno rozumiecie, o co mi chodzi ( ͡° ͜ʖ ͡°). Nawet takie samochodziki jak te z serii LEGO Speed Champions wyglądają świetnie. Już niedługo pojawi się kolejny model, który warto mieć w kolekcji. To Nissan Skyline GT-R (R34) wzorowany na tym, którym jeździł Brian O’Conner w „2 Fast 2 Furious”.

Nissan Skyline GT-R z klocków LEGO

Co ciekawe, to nie jedyny samochód z „Szybkich i Wściekłych”, który można mieć w miniaturowej wersji z klocków LEGO. Pół roku temu pojawił się Dodge Charger R/T z pierwszej części „Szybkich i Wściekłych”, którym jeździł Dominic Toretto. Był to jeden z pierwszych zestawów nawiązujących do znanych samochodów z kultowych filmów.

LEGO Speed Champions Nissan Skyline GT-R R34
LEGO Speed Champions Nissan Skyline GT-R R34 / fot. LEGO

Nowy zestaw z Nissanem Skyline GT-R (R34) to LEGO 76917 i składa się z 319 elementów. Trzeba przyznać, że jak na tak mały model zachowano sporo detali jak choćby charakterystyczny przód, lotkę z tyłu czy butlę z podtlenkiem azotu w środku. Samochód może i jest nieco kanciasty, ale i tak w mojej ocenie jest jednym z bardziej udanych setów LEGO Speed Champions. Nie zabrakło oczywiście mini-figurki Briana O’Connera.

LEGO Speed Champions Nissan Skyline GT-R R34

Premiera zestawu jest zaplanowana na 1. stycznia 2023 roku. Cena na polskim rynku nie jest jeszcze znana, ale 24,99 euro u naszych zachodnich sąsiadów (którzy odpadli z Mundialu) nie zapowiada nic dobrego. Mam nadzieję, że nie przekroczy stówy, bo przeważnie takie zestawy można było zdobyć za 60-90 złotych.

]]>
https://galaktyczny.pl/2022/12/03/lego-speed-champions-nissan-skyline-gt-r/feed/ 0
Anker udowadnia, że umie w ładowarki i powerbanki https://galaktyczny.pl/2022/11/27/ladowarka-i-powerbank-anker-ganprime/ https://galaktyczny.pl/2022/11/27/ladowarka-i-powerbank-anker-ganprime/#respond Sun, 27 Nov 2022 20:25:00 +0000 https://galaktyczny.pl/?p=85073 Firmę Anker znam od dawna i korzystałem z kilku ładowarek, ale jakoś umknęła mi informacja, że jej produkty są oficjalnie dostępne w Polsce. Ale są i będzie ich jeszcze więcej. Wszystko za sprawą nowej serii ładowarek USB i powerbanku Anker GaNPrime.

Ta premiera raczej była kwestią czasu, bo teraz każdy szanujący się producent ładowarek i powerbanków idzie w GaN. GaN, czyli nowy rodzaj półprzewodnika oparty na azotku galu, a nie jak wcześniej krzemie. Przewagą nowego materiału jest to, że można stworzyć mniejsze, ale bardziej wydajne i odporne na wysokie temperatury akcesoria ładujące. Takie ładujące nie tylko smartfony, ale też laptopy czy tablety i to jednocześnie. Takie rozwiązanie wykorzystano między innymi w ładowarkach Baseus GaN2 Pro 100 W i Green Cell PowerGaN 65 W, które już testowałem.

Anker GaNPrime w ładowarkach i powerbankach

Na polskim rynku pojawiły się dwa nowe produkty. Pierwszy z nich to 65-watowa ładowarka Anker 735 GaNPrime, którą możemy ładować do trzech urządzeń w jednym czasie. Drugi z kolei to powerbank Anker 737 GaNPrime o mocy aż 140 W. Jak dla mnie, to właśnie ten drugi jest znacznie ciekawszy, bo jest prawdziwą „wszystkomającą” stacją ładującą.

Anker 737 GaNPrime 140 W / fot. Anker
Anker 737 GaNPrime 140 W / fot. Anker

Anker 737 to „klocek” z wbudowanym w środku akumulatorem o pojemności aż 24000 mAh

I określenie go klockiem wcale nie jest przesadzone, bo powerbank waży 630 gramów, czyli tyle co dwie konsole Nintendo Switch i jeszcze trochę. Ale jak patrzę na to, co potrafi, to bez zająknięcia zabierałbym go ze sobą na każdym dłuższy wyjazd. Powerbank ma łącznie trzy porty: dwa USB-C i jeden USB-A. Najważniejsze jednak jest to, że dysponuje mocą 140 W i to w dwóch kierunkach. Oznacza to, że sam naładuje się bardzo szybko, ale też błyskawicznie naładuje podłączone do niego urządzenia. Przykładowo w 40 minut jest w stanie naładować do połowy Macbooka Pro 16.

Pojemność 24000 mAh pozwala, jak podaje producent, naładować prawie 5-krotnie iPhone’a 13, 4,5-krotnie Samsunga Galaxy S22, a Macbook Air z procesorem M1 dostanie przynajmniej jedno pełne ładowanie. Anker 737 GaNPrime wspiera Power Delivery 3.1. Jestem gadżeciarzem, więc niewielki ekranik pokazujący parametry powerbanku też mi się podoba. Zobaczymy na nim obciążenie na portach czy poziom rozładowania powerbanka.

Anker 735 GaNPrime nie jest powerbankiem, a ładowarką sieciową. Zgrabną, lekką i z trzema portami, podobnie jak powerbank. Są tu dwa USB-C i jedno USB-A. Po podłączeniu trzech urządzeń moc ładowania jest odpowiednio rozdzielana na wszystkie porty, ale gdy będzie podłączone jedno urządzenie, to będzie ładowanie z maksymalną mocą, ile fabryka dała. I tak, na portach USB-C może być 65 W, a USB-A daje maksymalnie 22,5 W. Ładowarka waży 132 gramy i jest zauważalnie mniejsza niż adaptery od Macbooka czy niektórych smartfonów.

Anker 735 GaNPrime / fot. Anker
Anker 735 GaNPrime / fot. Anker

Nowości swoje kosztują

Jak to się mówi – nowość swoje kosztuje. Ale jeśli ta nowość ma sprawić, że będzie lepiej, lżej, wygodniej, bezpieczniej i bardziej produktywnie, to ja bardzo proszę. Zabieram jedną ładownicę do wszystkich urządzeń, które mam w plecaku. Niezależnie od tego czy jest to laptop, tablet, kilka smartfonów, konsola przenośna czy czytnik e-booków. I tak, Anker 735 GaNPrime to koszt około 260-300 złotych. Powerbank Anker 737 GaNPrime jest ponad dwukrotnie droższy i trzeba za niego dać od 649 do 799 złotych (jest np. na Amazonie). Na takie ceny natknąłem się w sieci, bo w informacji prasowej nie zostały podane.

]]>
https://galaktyczny.pl/2022/11/27/ladowarka-i-powerbank-anker-ganprime/feed/ 0
10 rzeczy, które musisz wiedzieć o realme 10 https://galaktyczny.pl/2022/11/25/realme-10-recenzja/ https://galaktyczny.pl/2022/11/25/realme-10-recenzja/#respond Fri, 25 Nov 2022 08:00:00 +0000 https://galaktyczny.pl/?p=85018 Realme nie celuje we flagowe smartfony i skupia się raczej na budżetowej i średniej półce. I dobrze, bo umówmy się, raczej nikt o zdrowych zmysłach nie kupiłby realme za prawie cztery tysiące złotych. Dlatego dobrze, że są takie smartfony jak realme 10, które wśród tanich smartfonów potrafią jeszcze czymś zaskoczyć. Tanich, bo dziesiątka kosztuje 1299 złotych, a przyznam szczerze, że spodziewałem się więcej. Czym zatem mnie zaskoczył ten smartfon?

Od razu napiszę, że to nie będzie taka zwykła recenzja. Stwierdziłem, że skoro mamy realme 10, to wyciągnę z niego 10 najważniejszych rzeczy, które trzeba o nim wiedzieć. Nie tylko przed zakupem, ale tak ogólnie. Rzeczy, które są dobre, ale też zaskakujące i dziwne. Jak choćby to, że polska premiera realme 10 odbyła się… 9 listopada. A tak już na serio, realme 10, jak nie trudno się domyślić, jest bezpośrednim następcą realme 9. Tym bez 4G i tym, który w Polsce był do kupienia za 1399 złotych na start. Tegoroczny model jest od niego o stówkę tańszy i porównując specyfikację, zmiany dosięgły przede wszystkim procesora i aparatu.

#1. RAM bardzo dynamiczny

Realme 10 ma 8 GB pamięci RAM i 128 GB pamięci wewnętrznej. Całkiem spoko jak na taki tani smartfon i więcej niż mają niektóre smartfony innych firm. Widziałem nawet droższe smartfony z pamięcią o połowę mniejszą i 6 GB RAM. W dodatku, to przyzwoicie szybka pamięć, bo UFS 2.2, więc instalowanie czy uruchamianie aplikacji powinno zająć tylko chwilę. Skoro tak, to czy trzeba było kombinować z dynamicznie poszerzalnym RAM-em? Wiem, że tańsze smartfony mają coś takiego, że mogą udostępnić kilka gigabajtów pamięci do zapisu plików na rzecz rozszerzenia pamięci operacyjnej. Wiem też, że niektórzy producenci idą na rekord, tak jak właśnie realme. Było 3, było 5 czy 6 GB, a w realme 10 może być nawet 8 GB.

Szczerze? Podczas codziennego korzystania nie dostrzegłem różnicy w działaniu, niezależnie jaki „boost” ustawiłem. Może coś tam podziało się pod maską, ale nie wiem, nie jest to coś, co spowodowałoby opad szczęki i wiatr we włosach od prędkości. Co więcej, 8 GB rozszerzenia pojawiło się dopiero po aktualizacji systemu – przed było tych gigabajtów tylko 5.

Dla mnie ten cały myk z rozszerzeniem jest trochę tak, jakbyś w komputerze miał 8 GB RAM, a drugie tyle byłoby w koszyku na Allegro

I coś czuję, że jest to tylko po to, by za mniej więcej rok, przy premierze realme 11, pochwalić się, że realme 10 był pierwszym smartfonem w swojej kategorii, który miał 16 GB „dynamicznego” RAM-u. Był smartfonem z „największym RAM-em”. I najciekawsze jest to, że będzie to prawdą. Szkoda, bo i bez tej funkcji smartfon z 8 GB RAM w tej cenie i tak już dobrze wygląda.

#2. Porządniasta bateria

W średniakach przeważnie są spore baterie i realme 10 nie jest odskocznią od tej reguły. Napiszę nawet więcej, realme 9 też nie był. Wszystko dlatego, że pod obudową siedzi 5000 mAh. Zdarzają się smartfony z taką samą pojemnością w zbliżonej cenie, ale jednak więcej jest tych, które mają czwórkę z przodu. Taka bateria nie wpłynęła negatywnie na grubość, choć 8 mm raczej nie ustawia tego smartfonu w czołówce. Nie mniej, bez problemu przy intensywnym korzystaniu możemy pracować przez ponad jeden dzień, a przy niewielkich ograniczeniach, to ładowanie baterii co drugi dzień będzie normą.

realme 10
realme 10

Jako, że jest to wydajny smartfon, na którym można pograć, to baterię sprawdziłem właśnie pod kątem grania. W smartfonie mamy procesor MediaTek Helio G99, który znajdziemy głównie w azjatyckich brandach i który jest bardzo świeży, bo miał swoją premierę w maju 2022 roku. Na realme 10 uruchomiłem Diablo Immortal i pograłem równą godzinę. Jasność ekranu była ustawiona ręcznie na maksimum. W ciągu godziny bateria z 63% spadła do 48%. Temperatura z kolei (zapewne baterii) z 26 °C wzrosła do 36 °C. Telefon z tyłu był ciepły, ale nie jakoś bardzo i nie wpływało to w ogóle na komfort grania. Najważniejsze jest to, że grało się względnie dobrze i na wysokim ustawieniach gra przez większość czasu trzymała 30 klatek i tylko przy wartkich akcjach płynność spadała do 24-25. Niestety w opcjach gry nie uruchomimy 60 fpsów, bo telefon tego nie obsługuje. Gry będą działać dobrze, ale to wcale nie oznacza, że trzeba się chwalić przekroczeniem 400 tys. punktów w AnTuTu, bo jaranie się benchmarkami to… sami wiecie co.

Ciekawym software’owym dodatkiem jest tryb wspomagający granie. To to okienko z kilkoma przydatnymi opcjami, które możemy wyciągnąć w trakcie gry. Możemy wyłączyć powiadomienia, zwiększyć czułość dotyku ekranu, włączyć jedną z apek do komunikacji czy nagrać ekran. Jest też coś takiego jak stan systemu, czyli taki trochę fraps dla telefonów pokazujący aktualną liczbę klatek na sekundę i wykorzystanie GPU/CPU.

#3. Ultraszybkie ładowanie…

Po podłączeniu telefonu do ładowarki na ekranie blokady pojawia się animacja i „Ultraszybkie ładowanie”. Telefon obsługuje SuperVOOC o mocy 33 W, więc w tej półce cenowej jest naprawdę nieźle. Niektóre flagowce, ekhm Galaxy S22 przecież mają mniej. A tu i szybciej i ładowarka w zestawie. Jedyne co może martwić to przewód USB. Jest w pudełku, ale jest krótki, bo ma jeden metr.

Akumulator w realme 10 naładujemy do „pełna” w około 1 godzinę i 20 minut. Przy założeniu, że podłączymy go przy 5% i odłączymy, gdy pojawi się komunikat o naładowaniu. Połowę baterii mamy po około 32 minutach, a 10 minut pod ładowarką pozwoli naładować baterię do około 20%. Jest to zatem czas do przełknięcia, ale dłuższy niż deklaruje producent.

#4. Coś się porobiło z tymi kolorami

Kilka słów o designie, bo ten nawet można uznać za ładny, szczególnie w przypadku jasnej wersji kolorystycznej. W mojej ocenie realme 10 prezentuje się znacznie lepiej od poprzednika. Jest lekko kanciasty i ma zmienioną wyspę z aparatami. W zasadzie teraz są to dwie wysepki, które nadal trochę wystają, ale już przynajmniej wizualnie wyglądają „lżej”. Spasowanie jest w porządku, na ekranie jest szkło, ale tył i cała ramka jest już z plastiku. Nie pieściłem się z tym telefonem tak, jak to mam w zwyczaju i widzę, że na ramce pojawiło się kilka przetarć. Jeśli chcemy tego uniknąć to proponowałbym założenie jakiegoś etuja. A nawet nie jakiegoś tylko tego, które jest w pudełku ze smartfonem, bo jest najlepiej dopasowane.

realme 10
realme 10

Coś tu się dziwnego porobiło z kolorami. Nie, nie twierdzę, że są złe, bo przyciągają uwagę, ale ten, który testowałem, widoczny na kilku zdjęciach i tym wyżej, mieniący się kolorami tęczy, to według realme jest biały. Drugi, określany jest jako czarny, a z jakiej strony by nie spojrzeć, wygląda jak granatowy. Nie wiem kto jest w realme odpowiedzialny za kolory, ale na pewno jest to facet ( ͡° ͜ʖ ͡°). Ale ok, mnie tylko raz udało się uchwycić ten telefon jak obudowa rzeczywiście pod pewnym kątem wyglądała na białą. Nie udało się jednak wyłapać takiego brokatowego efektu, którym mieni się obudowa, gdy pada na nią światło.

#5. Aparat jest rozczarowaniem

Co tu dużo mówić – aparat w realme 10 to solidny krok wstecz. Ok, w tej cenie ciężko jest wymagać cudów, ale aparat nie tylko na papierze prezentuje się gorzej. Mam też nieodparte wrażenie, że zestaw aparatów został wyciągnięty prosto z realme 9 5G, ale dodatkowo okrojony o 2-megapikselowy aparat do macro. Mamy zatem dwa aparaty z tyłu – główny 50-megapikselowy i drugi, wspomagający, który ma 2 megapiksele. Ekhmm, w smartfonie za 1300 złotych widziałbym, jakiś szerokokątny, jeszcze dodatkowo jako trzeci albo zamiast tego od głębi. Dziwne jest też to, że ubiegłoroczny model mógł mieć 108 Mpix, a tegoroczny już nie, mimo tego, że procesor Helio G99 taką rozdzielczość wspiera.

Nie mamy co liczyć na optyczną stabilizację obrazu, mega przybliżenie, bo jest tylko 2-krotne i niestety zauważalnie stratne, a filmy możemy nagrywać tylko w Full HD i 30 klatkach. Nie ma wspomnianego szerokiego kąta i aparat potrzebuje też chwili na zmianę ostrości. Na plus można zaliczyć trafne dobieranie kolorów, ale tylko wtedy, gdy AI jest wyłączone. Mam wrażenie, że AI zbyt agresywnie podbija kolory przez co zdjęcie staje się mniej naturalne. Zerknijcie na zdjęcia i sami poddajcie ocenie. Nie wiem jak wy, ale ja korzystając z aparatu w realme 10 poczułem się jakbym przeniósł się w czasie, tak o jakieś 5 lat wstecz. A patrząc na zdjęcie tej lampy w nocy to tak jakbym w dłoni miał starszą Nokię.


Zdjęcia normalne i z 2-krotnym przybliżeniem

#6. Wyświetlacz ten co poprzednio

Gdybym nie porównał specyfikacji to bym nie uwierzył na słowo, ale tak, jestem niemal pewien, że w realme 9 i realme 10 mamy ten sam ekran. Patrząc na parametry, kropka w kropkę to samo. Jest to 6,4-calowy Super AMOLED z 90-hercowym odświeżaniem, tysiącem nitów w „piku” i okrągłym wycięciem na aparat w lewym górnym rogu. Nie zaznamy tu symetrii, bo dolna ramka jest tak na oko dwukrotnie większa niż ta na górze. Ale mogę stwierdzić, że ekran dobrze rozpoznaje nasze muśnięcia i chwała mu za to, że jest płaski, przez co znacznie lepiej korzysta się z gestów.

Lepiej mieć 90-hercowego AMOLED’a niż ekran IPS z odświeżaniem 120 Hz

realme 10
realme 10

Częstotliwość odświeżania ekranu możemy mieć automatyczną albo wybraną ręcznie i ustawioną na wysoką (90 Hz) lub standardową (60 Hz). Jedyne do czego mam drobne zastrzeżenie to fabryczna folia ochraniająca szkło ekranu. Ma jakąś taką powierzchnię, która szybko się elektryzuje, bardziej przyciągając kurz i różnego rodzaju maziaje.

#7. Głośniki z efektem bum bum

Tutaj to realme dowaliło do pieca. Wszystko za sprawą głośników UltraBoom, które mają grać na… 200%. Najzabawniejsze jest to, że ten telefon nawet nie ma głośników stereo i jedyny głośnik do multimediów to ten na dolnej ramce. Gdy zwiększamy głośność i dojdziemy do 100%, to jest jeszcze jeden krok i wtedy włącza się tryb ultragłośny. Działa to trochę tak jakby w VLC na komputerze jeszcze bardziej przesunąć pasek głośności w prawo. Ogólnie słychać, że jest głośno, jak na pojedynczy głośnik, ale jakościowo już jest mocno średnio. Jest podbicie, ale niestety bardzo sztuczne i w przeważającej liczbie utworów słuchać, że głośnik po prostu nie wyrabia. Nie wiem kto to wymyślił, ale niech bierze połowę i następnym razem nie kombinuje. Lepiej byłoby dodać drugi głośnik, nawet nieco cichszy, takie jest moje zdanie.

#8. Smartfon z chińskim TÜV

Przyznam, że w pierwszej chwili nie zwróciłem na to uwagi, ale to nie do końca jest certyfikat TÜV jaki od razu przychodzi na myśl. W tym przypadku jest to chiński TÜV SÜD. Niewiele jest informacji na jego temat, ale jest to certyfikat nadawany produktom wyprodukowanym w Chinach i obowiązuje tam gdzie zostały wyprodukowane, czyli (tak, dobrze zgadujecie) w Chinach. Nie wiem, ale mnie od razu skojarzyło się to z certyfikatem CE i oznaczenie China Export.

realme 10 - TÜV China

Według testów sprawdzających płynność działania, realme 10 ma działać tak samo zarówno pierwszego dnia jak i 36 miesięcy później

Bez zacinania, spowolnień, klatkowania i podobnych rzeczy. Nigdy nie korzystałem tak długo z żadnego smartfonu, a tym bardziej realme, więc nie mogę tego potwierdzić, ale ej, mamy certyfikat. Korzystając testowo z dziesiątki nie mogę powiedzieć, że działała źle. Było wręcz przeciwnie, zadowalająco płynnie (choć to też zasługa 90 Hz) i tylko z kilkoma, sporadycznymi „czkawkami”.

#9. Interfejs realme jak to interfejs realme

Realme 10 ma Androida 12 od razu po wyjęciu z pudełka i nakładkę realme UI 3.0. W trakcie moich testów przynajmniej dwa razy miałem jakąś aktualizację z czego jedna miała tylko 5,15 MB i rozwiązywała – uwaga cytuję – „problem z czarnym ekranem o niskim prawdopodobieństwie”. Interfejs jest podobny jak w innych realme, które już miałem w swoich rękach. Trochę kolorowy, z rozbudowaną sekcją personalizacji (łącznie ze zmianą wyglądu ikon i przycisków opcji czy stylem baterii na pasku stanu), czytelną belką systemową i obsługą gestów. Jest też tryb pomniejszonego okna, boczny przybornik z apkami i funkcjami czy tryb prosty dla starszych osób. Sporo tego, choć nie natknąłem się na taki „killer ficzer”, którego nie widziałbym w żadnym innym smartfonie.

Działa to obiecująco, ale o tym już wspomniałem. Nie wspomniałem natomiast o jednej irytującej funkcji, którą na całe szczęście można wyłączyć. Domyślnie jest tak, że wchodząc do wszystkich aplikacji (co tu nazwali panelem aplikacji) z automatu uruchamia się klawiatura ekranowa z szukajką. Dodając do tego jeszcze rekomendowane aplikacje, tak naprawdę nie widzimy tego, po co w ogóle tu zajrzeliśmy. Można to wyłączyć i proponuję to zrobić od razu po wstępnej konfiguracji telefonu. Wystarczy wejść w Ustawienia, następnie Ekran główny i ekran blokady, dalej w Ustawienia panelu aplikacji i tam wyłączyć wszystkie opcje.

realme 10
realme 10

Realme 10 nie jest w pełni oparty na aplikacjach Google, choć tych jest naprawdę sporo zainstalownaych domyślnie. Mamy jednak osobną aplikację galerii, wiadomości czy dialera. Mamy też kilka pre-instalowanych „śmieci”, ale zaskakująco, nie ma tego aż tak dużo jak w innych „chińczykach”. Naliczyłem tego raptem siedem i to wliczając tu klienta Facebooka czy apkę Amazonu.

#10. Wersja bez 5G

Realme zaczęło od najprostszego i najbardziej podstawowego modelu. Takiego z wydajnym procesorem, ale bez wsparcia dla 5G. Ale już teraz wiemy, że będą modele realme 10 Pro i te już 5G mają. A i pewnie realme 10 5G się pojawi. Prawda jest jednak taka, że w takim realme 10, nie boję się użyć tego określenia, tanim smartfonie, wcale to 5G nie jest takie potrzebne. Nadal w wielu miejscach lepiej radzi sobie 4G i zanim kolejna generacja zagości na dobre, to ktoś prędzej zmieni telefon na coś lepszego.

Co jeszcze z tym realme 10?

Smartfon ma bardzo szybki czytnik linii papilarnych, który ulokowano na prawym boku. Jest na odpowiedniej wysokości i działa jak trzeba. Jest też mini jack 3,5 mm czy NFC, choć bez tego drugiego ten smartfon w tej cenie nie miałby prawa bytu. Doczepić się muszę do jakości wibracji, które są po prostu straszne, jakby ktoś wyciągnął je z jakiejś starej Nokii.

W przypadku realme 10 zamiast dwóch lat mamy trzy lata gwarancji producenta, która obejmuje wszystkie wady produkcyjne, poza spadkiem wydajności akumulatora. Taką gwarancją są objęte smartfony z polskiej dystrybucji. I to jest świetna wiadomość. Nie często się tak zdarza, by budżetowiec miał dedykowaną rozszerzoną gwarancję, a tu proszę.

Realme 10 dla mnie jest po prostu znośny. To dobry smartfon, ale w tej cenie powinien mieć więcej.

realme 10
realme 10

To idealny smartfon pod tanie abonamenty, gdzie dopłata do telefonu nie będzie wysoka. Jeśli ten smartfon trafi do oferty operatorów, będzie strzałem w dziesiątkę, dosłownie. Mimo tego, że premierowa cena była niższa niż ta, którą zakładałem, to po testach stwierdzam, że powinna jeszcze bardziej zbliżyć się do trzycyfrowej kwoty. Jeśli kiedyś będzie za 999 złotych to – ponownie to napiszę – będzie strzałem w dziesiątkę. Realme 10 jest dla kogoś kto nie wymaga wiele, ale chce, by smartfon długo działał na baterii, w miarę szybko się ładował, miał dobry ekran i nie miał problemów z płynnością. Aparat trzeba wrzucić do kategorii „lepiej mieć jakieś zdjęcie niż żadne”, bo jest gorszy niż w poprzedniku, wypadałoby jeszcze trochę posprzątać UI i byłoby lepiej.

]]>
https://galaktyczny.pl/2022/11/25/realme-10-recenzja/feed/ 0
Apple TV+ i Apple Music na 3 miesiące za darmo dla tych, co grają https://galaktyczny.pl/2022/11/16/apple-tv-plus-3-miesiace-za-darmo/ https://galaktyczny.pl/2022/11/16/apple-tv-plus-3-miesiace-za-darmo/#respond Wed, 16 Nov 2022 21:31:44 +0000 https://galaktyczny.pl/?p=85045 Do tej pory trzymiesięczny dostęp do Apple TV+ w prezencie dostawali tylko ci, którzy zdecydowali się na zakup iPhone’a lub innego urządzenia Apple biorącego udział w promocji. Choć przez pazerność Apple i tak ten czas jest czterokrotnie krótszy, bo kiedyś użytkownicy mogli korzystać z biblioteki Apple przez rok. Jeśli mieliście coś do obejrzenia w serwisie Apple TV+, to teraz jest idealny moment, by to zrobić. ZOBACZ JAK ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Apple TV+ za darmo przez 3 miesiące

Nie bez przyczyny w tytule tego artykułu napisałem, że promocja jest dla tych, co grają. Nie jest to żaden haczyk, ale żeby dostać Apple TV+ na trzy miesiące trzeba spełnić jeden warunek – mieć aktywną usługę Xbox Game Pass. Zakładam jednak, że w czasach, gdy miesiąc Game Passa można mieć nawet za cztery złote, to większość osób taką usługę ma. Albo może mieć. Sam zapłaciłem za roczny dostęp coś około 160 złotych, co było rewelacyjną opcją, by mieć furtkę do pokaźnej biblioteki gier w cenie jednej nowej gry.

Co trzeba zrobić, by aktywować trzymiesięczny dostęp do Apple TV+ i Apple Music? Można to zrobić na dwa sposoby. Pierwszy, wchodząc do sekcji Game Pass z poziomu konsoli i drugi, korzystając z aplikacji Xbox Game Pass. Ja skorzystałem z tej drugiej opcji, a zrzuty ekranu z tym jak to wygląda, macie poniżej.


Wystarczy kliknąć w baner, a następnie zalogować się do konta Apple lub zarejestrować jeżeli jeszcze nie mamy Apple ID. Wymaganym krokiem jest uzupełnienie danych karty płatniczej i tu od razu uwaga ode mnie, udało mi się podpiąć kartę dopiero za trzecim razem. Nie przeszła główna karta Revolut, nie zaakceptowało karty Curve i dopiero zaskoczyło z kartą wirtualną Revolut do pojedynczych zakupów.

Tym samym mam aktywne Apple TV+ do 15 lutego 2023 roku i kilka pozycji do nadrobienia jak ostatnio mocno polecane For All Mankind czy Wielka Ofensywna Piwna. Z promocji można skorzystać do 31 marca 2023 roku, a promocja jest skierowana raczej do nowych użytkowników, którzy jeszcze nie korzystali z „darmówek”.

źródło: dealabs

]]>
https://galaktyczny.pl/2022/11/16/apple-tv-plus-3-miesiace-za-darmo/feed/ 0
Dobry dla gracza, wędkarza i fanatyka militariów. Genesis Pallad 450 Camo – recenzja https://galaktyczny.pl/2022/11/13/genesis-pallad-450-camo-recenzja-plecaka/ https://galaktyczny.pl/2022/11/13/genesis-pallad-450-camo-recenzja-plecaka/#respond Sun, 13 Nov 2022 19:35:00 +0000 https://galaktyczny.pl/?p=85020 W chwili gdy piszę tę recenzję Genesis na swojej stronie ma cztery plecaki z serii Pallad. Jeden z nich, prawdopodobnie ten najciekawszy, a już na pewno najbardziej charakterystyczny, bo w militarnym ubarwieniu, trafił do mnie na testy. Nazywa się Genesis Pallad 450 i sprawdziłem co można do niego zmieścić.

Genesis Pallad 450, przynajmniej według oznaczenia, to prawie najwyższy model plecaka w ofercie tego producenta. Przynajmniej w chwili publikowania tej recenzji. Wyprzedza go tylko Pallad 550, choć nie ma z nim kompletnie nic wspólnego, bo wygląda zupełnie inaczej. Gdyby ktoś mi pokazał ten plecak i powiedział, że jest to plecak przygotowany dla graczy, to rozglądałbym się głupio w poszukiwaniu ukrytej kamery. No sami zobaczcie na poniższych zdjęciach. Wygląda jak podstawowe wyposażenie jakiegoś poborowego, kogoś kto wybiera się na szkolenie WOT albo, no dobra, gdybym miał to rzeczywiście połączyć z grami, plecak gracza, który ewidentnie spędził za dużo godzin w Call of Duty. Militarne ubarwienie robi swoje i mocno ogranicza grono odbiorców. Szkoda, że Genesis nie zdecydował się na dwie wersje, bo taki plecak w powiedzmy czarno-grafitowym kolorze byłby dużo bardziej uniwersalny.

Genesis Pallad 450 Camo
Genesis Pallad 450 Camo

Z pewnością nie jest to plecaczek na Macbooka, którego możemy zabrać ze sobą na kawę. Plecak waży około 1,3 kilograma, więc do najlżejszych nie należy. Ale to pewnie dlatego, że jest naprawdę dobrze wykonany i rozbudowany. Materiał wygląda na dobrej jakości i w wielu miejscach mamy podwójne szwy. Zamki błyskawiczne, które są w kilku miejscach działają płynnie, ale zaskoczyło mnie to, że tylko w komorze z przodu suwak jest grubszy/większy. Nie wiem dlaczego tak jest, ale warto to odnotować. Paski są doszywane, ale w taki sposób, że zostały połączone z tyłem plecaka i przednią klapą. W najszerszym miejscu pasek ma około 67 mm.

Genesis Pallad 450 do zadań… wszystkich?

Ogólną budowę Genesis Pallad 450 można opisać tak, że jest to plecak z dwoma głównymi komorami i duża klapką zamykaną na klamrę. Według specyfikacji plecak ma 28 litrów. Komora bliżej pleców to idealne miejsce, by schować laptopa (albo książkę „101 technik przetrwania na poligonie”) i ewentualnie tablet lub jakieś czasopismo albo dokumenty. Ma trzy przegrody i dwie z nich możemy zabezpieczyć paskiem na rzep. Druga komora jest szersza i ma więcej różnego rodzaju kieszeni. Można tam wsadzić inne szpargały gracza, zanętę na ryby albo saperkę ( ͡° ͜ʖ ͡°). Są dwie siatkowe kieszenie na suwak, trzy długie przegródki np. na długopisy (ale kto potrzebuje aż trzech długopisów?), jedna wąska na całą szerokość plecaka oraz dwie kieszenie na rzepy. W tej komorze powierzchnia na dole ma jakieś 10 cm. Fajne jest też to, że obie główne komory można rozsunąć niemal do samego dołu, co ułatwia sprawę pakowania.

Genesis Pallad 450 ma tyle kieszeni, że nawet nie chce mi się ich liczyć

To oczywiście nie wszystko, bo są jeszcze dwie mniejsze komory na zamek błyskawiczny, ale już bez żadnych organizerów i „udogadniaczy” w środku. Po bokach są dwie kieszenie z siatką i gumką, gdzie można wsadzić np. butelkę z wodą, energetyka albo puszkę jakiegoś harnasia. W zależności od potrzeb. A no i właśnie, na wierzchniej klapie są jeszcze dwie dodatkowe kieszenie z czego jedna ma kilka przegródek w środku. Na wierzchu z przodu jest trochę rzepów, by – jak to napisał producent – było gdzie przyczepić personalizowane naszywki. Ale takie, które będą wskazywać liczbę przeciwników pokonanych samym Glockiem w pojedynkę w CS-ie czy stopnie wojskowe?


Czy czegoś mi tu brakuje? A owszem, brakuje. Zawszę patrzę na to czy plecak ma tak zwaną bezpieczną kieszeń na dokumenty czy cenne przedmioty zamykaną na suwak, która znajduje się z tyłu plecaka. Tak, by nikt nie mógł ich wyjąć, gdy mamy plecak na plecach. Ten niestety czegoś takiego nie ma, ale szanuję, go za ergonomię i fakt, że tył jest tak wyprofilowany, by zwiększyć wentylację. I tym samym zmniejszyć potliwość pleców w tym miejscu. Przydałaby się też chociaż jedna mała kieszonka na pasku, tak by był do niej szybki dostęp, gdy mamy Pallada 450 ma plecach.

Co i jak udało mi się do niego zmieścić?

Genesis Pallad 450 można dobrze dopasować do użytkownika, a to za sprawą tego, że ma dodatkowe pasy na wysokości piersiowej i biodrowej. Do tego są jeszcze dodatkowe klamry po dwie po bokach, którymi można poniekąd regulować wielkość plecaka. Jeśli chcemy tam napchać sporo akcesoriów, a do tego wrzucić jeszcze jakąś kurtkę, to odpinamy klamry. Jeśli plecak ma bardziej przylegać do pleców, nie wystawać i zrobić tak, by rzeczy w środku nie latały po plecaku jak zapach grochówki po bazie, to można je spiąć i dodatkowo ścisnąć.

Genesis Pallad 450 Camo
Genesis Pallad 450 Camo

Ja wsadziłem do plecaka 14-calowego laptopa Thinkpad L470 i zostało jeszcze około 15 mm luzu. Producent podaje, że spokojnie wejdzie tu 15,6-calowy laptop. Może i jest to możliwe, ale jeśli laptop będzie raczej z tych smuklejszych. W komorze przed laptopem udało się wsunąć jeszcze około 300-stronicową książkę. Laptop powinien być dobrze chroniony, ale mocno brakuje tutaj mocniejszego zabezpieczenia od spodu, bo jest tam tylko sam materiał.

W komorze głównej z przodu zmieściła się konsola Nintendo Switch, słuchawki nauszne, mysz i powerbank. Nie szedłem na rekord i na pewno weszłoby tam jeszcze więcej dupereli, ale to od nas głównie zależy jak to tam sobie rozplanujemy. Klawiatury nie zmieścimy, ale jeszcze jakieś dyski, może małą podkładkę pod mysz, zasilacz do laptopa, telefony czy inne akcesoria już tak. Z tego co sprawdziłem na pewno do kieszeni z siatką (gdzie na powyższym zdjęciu widzicie ładowarkę) nie zmieści się pad do konsoli, tak jak sugeruje to producent. Kieszeń będzie bardzo wypchana i raczej się nie zasunie. Jeżeli już chcecie zabrać ze sobą kontroler to można go wsadzić do mniejszej komory z przodu, ale obowiązkowo w jakimś etui.

Dla kogo jest ten plecak?

Przez cały czas zastanawiałem się do kogo jest skierowany ten plecak. Ok, może być dla gracza, ale równie dobrze – przede wszystkim przez specyficzne ubarwienie – odnajdzie się w rękach fanatyka militariów czy nawet wędkarza żeby go ryby na brzegu nie zauważyły. Producent napisał na stronie, że plecak ma możliwość przymocowania „oprzyrządowania taktycznego” co w połączeniu z militarnym designem da „możliwość przetrwania w każdych warunkach”. Nie wiem, może rzeczywiście wojsko powinno się nim bardziej zainteresować niż gracze?

Ale tak już zupełnie na serio, jeśli kamuflaż nie jest dla nas przeszkodą i głównie zależy nam na funkcjonalnym, rozbudowanym i pakownym plecaku z pierdyliardem różnego rodzaju kieszeni i schowków, to Genesis Pallad 450 powinien się sprawdzić. Tym bardziej, że jego oficjalna cena nie jest wygórowana i wynosi 199 złotych. Plecak ma sporo zalet, ale też kilka mniejszych niedociągnięć jak choćby brak tej bezpiecznej kieszonki czy brak klejonych suwaków, pomimo wodoodpornego materiału. Nie można mu jednak odmówić własnego, oryginalnego stylu, który można polubić albo od razu skreślić na starcie.

]]>
https://galaktyczny.pl/2022/11/13/genesis-pallad-450-camo-recenzja-plecaka/feed/ 0
Green Cell ma hub USB-C, który na pewno nie spali ci Macbooka https://galaktyczny.pl/2022/11/09/nowy-hub-usb-c-green-cell-gc-connect/ https://galaktyczny.pl/2022/11/09/nowy-hub-usb-c-green-cell-gc-connect/#comments Wed, 09 Nov 2022 20:34:35 +0000 https://galaktyczny.pl/?p=85011 GC Connect to najnowszy hub USB-C od Green Cell, który właśnie trafił do sprzedaży. Za niecałe 250 złotych dostajemy multiportowy gadżet, który z pewnością dorzuci co nieco do współczesnych ultrabooków. Na przykład do takiego jak Huawei MateBook 13, na którym piszę ten tekst. A no i też jest w pełni bezpieczny dla Macbooków z M1.

GC Connect to hub USB-C z ładowaniem 85 W

Nie jest to pierwszy hub USB-C tej firmy, ale – jak też sam się dowiedziałem – najbardziej dopracowany. Ale to przecież nic dziwnego, bo jego premiera dopiero co się odbyła i w regularnej sprzedaży jest od wczoraj, czyli 8 listopada. GC Connect to lekko przeprojektowany, sprawdzony, solidnie przetestowany i też nieco droższy hub USB-C, którego możemy podłączyć do laptopów wykastrowanych z popularnych portów. Ten tutaj „zamienia” jeden port USB-C w 7 dodatkowych portów.

Hub USB-C Green Cell GC Connect
Hub USB-C Green Cell GC Connect / fot. Green Cell

Green Cell GC Connect ma jedno USB-C, które najczęściej będzie wykorzystywane do ładowania, ma aż trzy porty USB-A 3.1, jedno HDMI i po jednym slocie na kartę w rozmiarze SD i microSD. Tu trzeba zaznaczyć, że USB-C obsługuje funkcję Power Delivery o maksymalnej mocy 85 W, więc bez problemu naładuje akumulator w większości lekkim laptopów. HDMI z kolei obsługuje rozdzielczość 4K przy odświeżaniu 60 Hz, co jest ważną zmianą, bo poprzedni hub wyrabiał się tylko w 30 Hz. Ja do pełni szczęścia widziałbym tu jeszcze port LAN.

Green Cell GC Connect
Green Cell GC Connect / fot. Green Cell

Pamiętacie tę akcję z niby upalonym Macbookiem z M1, o której kiedyś pisał Marcin na spiderswebie? Finalnie, po wnikliwych testach, i pomiarach okazało się, że problem leży po stronie samego Macbooka i jego oprogramowania. W przypadku poprzedniego huba nadal mamy informację, że działa z Macbookami z procesorami z serii M, ale tylko wtedy, gdy mają odpowiednią wersję oprogramowania. Z nowym GC Connect nie ma już żadnych problemów i wszystkie Macbooki mogą czuć się bezpiecznie. W opisie produktów jest informacja, że hub USB-C jest kompatybilny z Apple Macbook M1 i M2.

GC Connect waży nieco ponad 65 gramów i ma obudowę z anodyzowanego aluminium. Porty zdają się być odpowiednio od siebie oddalone, by można było bez problemu podłączyć każdy kabel lub nośnik. HDMI zostało przerzucone na krótszy bok. Hub został wyceniony na 249,95 złotych.

]]>
https://galaktyczny.pl/2022/11/09/nowy-hub-usb-c-green-cell-gc-connect/feed/ 2
Nie kupujcie pudełkowego Modern Warfare II – Mamy do pogrania #22 https://galaktyczny.pl/2022/11/08/modern-warfare-ii-ma-72mb-na-plycie/ https://galaktyczny.pl/2022/11/08/modern-warfare-ii-ma-72mb-na-plycie/#respond Tue, 08 Nov 2022 19:46:46 +0000 https://galaktyczny.pl/?p=84839 Przyznam tak bardzo szczerze, że w ostatnich tygodniach w giereczkowym świecie sporo się zadziało. Było tego tyle, że sam nie wiedziałem co tu umieścić i od czego zacząć. A fakt, że ostatnie Mamy do pogrania pojawiło się po tym jak do sieci wyciekło GTA VI, wcale tego nie ułatwił. W tej części będzie między innymi o Steam Decku, nowym Wiedźminie czy najnowszej odsłonie Call of Duty.

#1. Steam Deck bez czekania

Nie jest to najświeższa informacja, ale warto ją tutaj zostawić, bo Steam Deck to dobre urządzenie jest. I popularne, skoro z magazynu szybko wyszło ponad milion sztuk, a i tak trzeba „stać w kolejce” żeby je kupić. Trzeba było. Chodzi o to, że gdzieś od października 2022 roku zamówienie tego przenośnego komputera do gier nie było takie proste. Można było zarezerwować swoją sztukę i odczekać aż chłopaki od Gabena go sklecą do kupy i wyślą. Sam nawet byłem o krok od zakupu, zaliczka była wpłacona (18 złotych, bo tyle jest wymagane), ale stwierdziłem, że nie jest mi to potrzebne, bo gram głównie na pececie, a jak już muszę mobilnie to biorę Switcha.

Ceny Steam Deck
Ceny Steam Deck / fot. Steam

Teraz przy wszystkich trzech wariantach jest opcja „Kup teraz”, co oznacza, że każdy kto chce mieć Steam Decka jeszcze przed świętami, to będzie go miał. Dostawa ma zająć nie więcej jak dwa tygodnie.

Ja ze swojej strony mogę tylko polecić, by wstrzelić się w środkową wersję, która jest najbardziej sensowna. Kupujemy konsolę Steam Deck za 2499 złotych, do tego dysk 512 GB za około 300 złotych i mamy prawie to samo co oferuje najdroższy wariant, ale taniej.

źródło: Steam

#2. Iron Man VR już jest na Quest 2

Iron Man VR był jednym z eksów w wirtualnej rzeczywistości na PSVR. I jest też jedną, w którą nie zagramy na nowym PlayStation VR2, bo przecież gogle nie mają wstecznej kompatybilności hłe hłe hłe ( ͡° ͜ʖ ͡°). Ale okazuje się, że można się wcielić w Iron Mana jeśli ma się na głowie gogle Meta Quest 2. Była to jedna z tych VR-owych gier, które zawsze chciałem sprawdzić i… coś czuję, że jeszcze poczekam, bo tanio nie jest.

Gra Marvel’s Iron Man VR trafiła do oficjalnego sklepu i wyceniono ją na 39,99 USD, co przy niezbyt zadowalającym kursie dolara daje prawie 190 złotych. Umówmy się, jest to pułap tych najlepszych gier na Questa 2 jak choćby BONELAB czy The Walking Dead: Saints & Sinners albo niesamowitego Half-Life: Alyx. Przeważnie większość tytułów jest o dychę tańsza, a i jeszcze można coś urwać przy okazji promocji. Gra wygląda dobrze i ma wysokie oceny, ale coś czuję, że do czasu aż nie wpadnie kuponik na 30%, to nie pojawi się u mnie w bibliotece.

Producentem jest studio Camouflaj, a wydawcą Oculus Studios.

źródło: oculus.com

#3. Będzie remake pierwszego Wiedźmina!

Niektórzy mówią, że jest Wiedźmin 3 i długo, długo nic. Ale przed trójką były jeszcze dwie części z Geraltem, o których nie można zapominać. Fakt, nie dojeżdżały sterowaniem, ale fabularnie się mocno broniły. CD Projekt RED postanowił właśnie pierwszego Wieśka sobie i przede wszystkim nam przypomnieć. A jak? A tak, że pod kryptonimem Canis Majoris kryje się remake gry Wiedźmin, która pierwotnie została wydana w 2007 roku.

Jak na razie, parafrazując słowa Sokratesa, wiemy, że nic nie wiemy. W sensie, pojawiła się szczypta informacji, ale to nic konkretnego. Będzie remake Wiedźmina, za który bierze się CD Projekt RED razem ze studiem Fool’s Theory. Do pieca dosypała też wieść, że remake ma powstać na silniku Unreal Engine 5, a patrząc na to jakie ma możliwości, możemy mieć pewność, że graficznie to będzie arcydzieło. Premiera? Dobre sobie, jak za 3-4 lata się coś pojawi to możemy mówić o małym sukcesie.

Zerknijcie też co o starym Wiedźminie w nowej wersji napisał Adam na naszym podcastowym fanpage’u.

źródło: thewitcher.com

#4. Call of Duty: Modern Warfare II w wersji pudełkowej ma… 72 MB

Wyobraźcie sobie sytuację. Kupujecie sobie grę, na którą zbieraliście całe wakacje. Wreszcie idziecie do jedynego sklepu z grami w mieście, rzucacie worek z pieniędzmi i wychodzicie z grą w pudełku. Powiedzmy, niech to będzie Call of Duty z 2003 roku. Wkładacie płytę do napędu, instalujecie i gracie. Komu to przeszkadzało, co nie? Minęło prawie 20 lat i teraz żeby zagrać w grę musicie mieć Internet o prędkości blisko gigabitowej, sporo wolnego miejsca na dysku i trochę czasu, by pobrać kilkaset godżibajtów danych. A płytę z grą to co najwyżej możecie odstawić na półkę. Tak jest z najnowszym Call of Duty: Modern Warfare II.

Call of Duty: Modern Warfare II
Call of Duty: Modern Warfare II / fot. Twitter (@DoesItPlay1)

Wyszło, że płyta z wersji pudełkowej gry na PlayStation 5 zawiera tylko 72,23 MB danych. Tak, dobrze przeczytaliście. Siedemdziesiąt dwa. Megabajty. Danych. Prawdopodobnie na płycie są tylko jakieś dane pozwalające zweryfikować legalność gry. Trzeba pobrać ponad 100 GB danych, bo gra na dysku konsoli zajmuje ponad 150 GB. Jakieś 20% dostępnej przestrzeni na dysku. To jest mało śmieszny żart i w dodatku po niemiecku, tym bardziej, że mówimy tu o nośniku Blu-Ray. W przypadku tej gry sens posiadania fizycznej kopii gry mija się z celem.

źródło: Twitter (@DoesItPlay1)

#5. Nikt nie powiedział, że PlayStation VR2 będzie tanie

Swego czasu PlayStation VR2 było jak demokracja w Polsce. Ktoś coś o niej wiedział, coś słyszał, ale nigdy nie widział. W ostatnich tygodniach sporo się jednak zmieniło, w sprawie PSVR2, nie Polski. Wiemy, że nowy plejstejszynowy zestaw VR pojawi się 22 lutego 2023 roku i wiemy, ile trzeba będzie wyłożyć cebulionów żeby je kupić. Tanio nie jest, ale nic nie wskazywało na to, że tanio będzie. Już wyjaśniam o co chodzi.

PlayStation VR2
PSVR2 / fot. PlayStation

Po wypuszczeniu informacji o cenach, w sieci zawrzało. A, że drogo, a, że jak to, że jak tak można, by gogle kosztowały tyle co konsola! No, jak widać można i przyznam, że nie spodziewałem się czegoś innego. Wcale jakimś wielkim sympatykiem Sony i PlayStation nie jestem, bo moje konsolowe granie zaczęło się na „szaraku” i na nim też się skończyło. Były drobne epizody z PSP, a PS5 miałem przez około dwa tygodnie i trochę się odbiłem. PlayStation VR2 to w pupe zaawansowane technologicznie urządzenie, które – jak wynika z pierwszych ekscytacji osób, które już miały to na głowie – wyrwie nas z kapci i to na długo. A doświadczenia są lepsze niż na poprzednich VR-ach od Sony i wszystkich innych goglach wirtualnych. A taki Quest 2, którego sam używam to w porównaniu z nim tylko zabawka.

Sądzę zatem, że 599 euro to nie jest wysoka cena, choć sam obstawiałem kwotę o 50 euro niższą. Nawet to 649 euro za zestaw z grą Horizon Call of the Mountain wygląda normalnie, bo jakieś 50 euro za grę przy obecnych cenach to jak promocja. Nie, nie powaliło mnie na głowę, tylko racjonalnie patrzę na to, co dzieje się na rynku. Meta Quest 2 w wersji 256 GB kosztuje 549 euro, konkurencyjne do Questa Pico 4 to koszt 499 euro, a to są najtańsze zestawy, by wejście w świat VR miało w ogóle sens. Valve Index z kontrolerami? Bardzo proszę – 3499 złotych. A o takim Oculus Pro, które skierowane jest pod biznesowe zastosowania, to już szkoda pisać, bo ceny są na poziomie 1800 euro. Sami zatem widzicie, że te trzy tysiące złociszy za gogle do PlayStation 5, które naprawdę sporo potrafią, to wcale nie tak dużo.

źródło: PlayStation

]]>
https://galaktyczny.pl/2022/11/08/modern-warfare-ii-ma-72mb-na-plycie/feed/ 0
Smartfon z turboładowaniem. Huawei nova 10 Pro – recenzja https://galaktyczny.pl/2022/10/31/huawei-nova-10-pro-recenzja/ https://galaktyczny.pl/2022/10/31/huawei-nova-10-pro-recenzja/#respond Mon, 31 Oct 2022 19:00:00 +0000 https://galaktyczny.pl/?p=84933 Od początku Huawei nova 10 Pro nie miał łatwo, bo dzielił premierę z fotograficznym Huawei Mate 50 Pro. I ja też z tym smartfonem nie mam łatwo. Z jednej strony to taki ulepszony Huawei nova 9, którego testowałem prawie rok temu i którego aktualnie można zgarnąć za 1149 złotych. Z drugiej, nowa nova to cenowy poziom 2999 złotych, co trochę odpycha i dwie kluczowe funkcje, które mają nas do tego smartfonu przyciągnąć. Czy aby na pewno?

Długo myślałem nad tym jakim smartfonem jest Huawei nova 10 Pro. I wiecie co? Po przetestowaniu tego smartfonu nadal nie wyrobiłem sobie takiej jednej, niezaprzeczalnej opinii. Pewnie wszystko obija się o cenę, która, jak to już bywa w przypadku Huawei’a, jest za bardzo podkręcona na starcie. Jest to smartfon, który plasuje się mniej więcej w środku stawki jeśli weźmiemy pod uwagę cenę, ale pod warunkiem, że pominiemy składanego Huawei Mate Xs 2. Bardziej patrzę tu na poziom wspomnianej novy 9, która po premierze kosztowała 2299 złotych. Wychodzi więc na to, że nova 10 Pro to ta sama półka, ale w mocno inflacyjnej wycenie. I niemal ten sam model co Huawei nova 9 Pro, ale w europejskiej wersji. Stąd też stwierdziłem, że najpierw skupię się na tym, czym ma przekonać do siebie nova 10 Pro, a potem napiszę co nieco o całej reszcie.

Jak jest z tym turboładowaniem?

Jedną z kluczowych funkcji smartfonu ma być tak zwane turboładowanie. W przypadku Huawei nova 10 Pro oznacza to ładowanie z mocną 100 W, co pozwoli mieć naładowany akumulator w około 20 minut. Akumulator wcale nie taki mały, bo 4500 mAh. Nie jest to może rekordowa prędkość wśród smartfonów średniej klasy, ale co ciekawe, szybsza niż we flagowym i dwukrotnie droższy Mate 50 Pro. Co z tego wyszło w moich testach?

Zacznijmy od tego, że aby skorzystać z turboładowania to trzeba każdorazowo je włączyć, gdy podłączymy smartfon do ładowarki. Komunikat o możliwości znacznie szybszego naładowania wyświetla się na belce z powiadomieniami. Za pierwszym razem, gdy ładowałem telefon tego nie włączyłem i wyszło mi, że napełnienie całego akumulatora zajmuje czterdzieści kilka minut. Dla pewności ładowarkę miałem wpiętą w gniazdo z pomiarem energii, by dowiedzieć się z jaką mocą pracuje ładowarka. Okazało się, że tylko na samym początku daje prawie 100 W, by po 2-3 minutach (20-25 %) ustawić 28-29 W i działać tak już do końca.

Huawei nova 10 Pro
Huawei nova 10 Pro

A jak było z włączoną funkcją turboładowania? No właśnie, niewiele szybciej i kompletnie nie wiem dlaczego. Próbowałem kilka razy, włączałem co trzeba, a smartfon tylko przez chwilę dostawał prąd z maksymalną mocą, by potem i tak przyjmować około 30 W. Najgorsze w tym jest to, że to nie jest jakaś wyższa filozofia – jeśli chcesz naładować błyskawicznie baterię to klikasz odpowiednią opcję i po 20 minutach odłączasz smartfon od ładowarki z pełną baterią. Niestety nie działo się tak w moim egzemplarzu i jeżeli miałbym szukać winnego, to patrzyłbym w kierunku oprogramowania. Tym bardziej, że przeglądając inne recenzje w sieci, nikt nie spotkał się z takim problemem. Doszło nawet do tego, że zmieniałem gniazdka, w które wpinałem ładowarkę i podłączałem ładowarkę bezpośrednio do gniazdka, z pominięciem watomierza czy listwy zasilającej. Było tak samo.

Z drugiej strony, można stwierdzić, że Huawei nova 10 Pro i tak się szybko ładuje. W niecałe trzy kwadranse mamy całą baterię, a 50% pojawi się już po około 15 minutach. Co więcej, 30 W nie wyżyłuje tak baterii przy dłuższym korzystaniu i będzie bezpieczniejsze dla baterii. W ustawieniach możemy podejrzeć w jakiej kondycji jest bateria i ustawić tak, by ładowarka się inteligentnie, ucząc się tego jak ładujemy smartfon i opóźniając ładowanie powyżej 80%. Nie wyczułem, by smartfon się przegrzewał i określiłbym to tak, że był standardowo ciepły. Sam adapter też zachowywał normalną temperaturę.

W Huawei nova 10 Pro znajdziemy ładowanie zwrotne, co pozwoli podładować zegarek czy słuchawki, odkładając je na tył smartfonu. Ale nie ma ładowania bezprzewodowego, co jest co najmniej dziwne. Z taką baterią jaką ma nova 10 Pro spokojnie wytrzymamy całą dobę, a i nie jest tak, że na następny dzień będziemy pod ścianą, by od razu szukać ładowarki.

60-megapikselowy aparatu z przodu

Huawei nova 10 Pro ma z przodu dwa aparaty, co zostało zaakcentowane wycięciem w ekranie w kształcie tiktaka. Podobnie jak to miało miejsce na przykład w Huawei Mate 40 Pro. Jednym z aparatów, nazwijmy go tym głównym, jest 60-megapikselowy aparat, który jest wspierany przez moduł 8-megapikselowy, portretowy. Obydwa mają automatyczne ustawianie ostrości i nieco różnią się światłem. W połączeniu mają nam dać świetnej jakości zdjęcia selfie i portretówki z odpowiednią głębią ostrości. Jak jest w praktyce?

Specjalnie do tego testu wziąłem jeszcze dwa smartfony, by mieć punkt odniesienia i by można było porównać zdjęcia

Pierwszym z nich jest vivo X70 Pro+, z którego korzystam na co dzień i Sony Xperia I IV, która akurat trafiła na testowe biurko. Tak, wiem, że każdy można zaliczyć do innego segmentu i każdy ma inną cenę, ale to też może pokazać ciekawe zależności. Nie jest to żaden „ślepy test”, więc zdjęcia są odpowiednio podpisane, by ułatwić ocenę.

Przedni aparat (czy aparaty) w Huawei nova 10 Pro radzi sobie bardzo dobrze, ale też nie daje takich efektów żebym zbierał szczękę z podłogi. Domyślnie aparat uruchamia się w 0,8x, a do wyboru są jeszcze dwa tryby – szerokokątny i dwukrotne przybliżenie. Można też ustawić ręcznie inne wartości, nawet do 5x. I tu właśnie to dwukrotne przybliżenie paradoksalnie jest funkcją, która wzbudza największe zaskoczenie, a nie to jak dużo obiektów możemy zmieścić w szerokim kadrze. Szeroki kąt nie jest aż taki szeroki, bo to tylko 100 stopni, a różnica między szerokokątnym, a 0,8x jest minimalna. Z tym 2x chodzi o to, że możemy zrobić sobie portretowe zdjęcie z dobrym rozmyciem w sytuacji, gdy nie mamy przyjaciół ( ͡° ͜ʖ ͡°). Albo mamy długą rękę. A tak już zupełnie poważnie, efekty są lepsze niż się spodziewałem, o ile mamy dobre warunki oświetleniowe. Wystarczy odrobinę sztucznego światła, by zdjęcie straciło na szczegółowości. Jedynym zastosowaniem jakie widzę w przypadku tego trybu to robienie zdjęć słuchawek, by pokazać jak wyglądają w uchu. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.


A jak aparat z tyłu? W porządku. Tu obowiązuje ta sama zasada co w przypadku przedniego aparatu jak i innych smartfonów ze średniej półki. Im mniej naturalnego światła tym gorzej. Główny moduł ma 50 Mpix, szerokokątny ma 8 Mpix i wsadzili tam jeszcze 2 megapiksele do głębi ostrości. Jak dla mnie to zestaw ze smartfonów, które kosztują o połowę mniej. Na szczęście nie okrojono go z nagrywania w 4K tak jak chociażby POCO X4 Pro 5G. Jakość zdjęć możecie ocenić sami poniżej. Jak dla mnie jest to wszystko na zadowalającym poziomie, ale od aparatu w smartfonie za 2999 złotych wymagam więcej i spodziewałbym się więcej. Tu sensownie można korzystać z dwukrotnego przybliżenia. Mocno brakuje optycznej stabilizacji obrazu i irytuje fakt, że różnica w kolorach na zdjęciach z różnych obiektywów jest tak widoczna. Ja poważnie robiłem te zdjęcia zaraz po sobie.

Zdjęcia normalne i z przybliżeniem 2x


Podczas nagrywania filmów przednią kamerą też możemy korzystać z tych samych trybów co w przypadku zdjęć. Filmy maksymalnie mogą być w 4K i 30 klatkach, a gdy chcemy 60 klatek na sekundę, to musimy wybrać rozdzielczość Full HD. Możemy wykorzystać rozszerzone proporcje ekranu, czyli 21:9 (takie też proporcje ustawiają się w trybie vlogowania), ale z jakichś powodów 16:9 w Full HD jest zalecane.

Co jeszcze z tym Huawei nova 10 Pro?

Patrząc na novę 10 Pro widzę tu przynajmniej dwa smartfony i być może jeden będzie dla was zaskoczeniem. Ja widzę tu troche Huawei Mate 40 Pro i oczywiście poprzednika, czyli Huawei nova 9. Ten pierwszy przypomina mi się od razu jak patrzę na zakrzywiony ekran, tiktakowe wycięcie na aparaty czy taki detal jak przycisk zasilania z czerwonym akcentem. Drugi zaś to przede wszystkim tylna obudowa, która jest matowa i lekko chropowata. Praktyczna, charakterystyczna, ale też czasami śliska. Smartfon jest zrobiony porządnie i nie można odmówić mu wzorowego spasowania, mimo tego, że nie ma tu aż tak dobrych materiałów jak we flagowcach.

No dobra, widzę tu jeszcze trzeci smartfon, bo jest przecież Huawei nova 10, czyli o 5 stówek tańszy model bez „Pro” w nazwie. Wygląda niemal identycznie, ale jest trochę mniejszy, sporo lżejszy (168 g!), nie ma drugiego aparatu z przodu, a bateria zamiast 4500 ma 4000 mAh.


Na swój sposób przyciąga wzrok, choć dla mnie najsłabszym punktem jest wyspa z aparatami, zarówno pod względem wizualnym jak i funkcjonalnym. Jest podwójnie wystająca, co sprawia, że smartfon majda się od byle kaszlnięcia i ogólnie psuje ogólny efekt smukłości. Trzeba też lubić złote akcenty, które totalnie nie są w moim stylu, ale i tak robią co mają robić, bo usłyszałem już od kilku osób, że wyglądają pięknie. No i jeszcze te napisy z oznaczeniami, które są totalnie niepotrzebne i kojarzą się bardziej z „taniością”. Nie zrozumcie mnie źle, można tam coś napisać, ale jeżeli ma to potwierdzenie w realu, tak jak było np. z Leicą. A tu, jest złoto i na pewno nie skromnie.

Huawei nova 10 Pro ma tylko 7,9 mm grubości, nie licząc oczywiście aparatu. I serio, czuję się jakbym trzymał w rękach mocno odchudzoną wersję Mate’a 40 Pro

Wyświetlacz to coś czego nowa nova nie może się wstydzić. Mamy tu 6,78-calowy OLED o bardzo dobrych parametrach i równych ramkach. Nie brakuje wsparcia dla HDR, jest odświeżanie 120 Hz i wysokiej rozdzielczości. Ale z drugiej strony jest to niemal ta sama matryca co w modelu nova 9 Pro, który pojawił się we wrześniu 2021 roku. To trochę pokazuje, że Huawei miesza różnymi komponentami, by na końcu zrobić z tego smartfon. Szczerze? Trochę żałuję, że nie zostawili formy z nova 9, smartfonu, który był lżejszy i jeszcze smuklejszy. W ustawieniach znajdziemy tryb ochrony wzroku, tryb e-książki czy możliwość ręcznego ustawienia temperatury barwowej. Można też określić czy rozdzielczość ma być stała czy dynamicznie dostosowana, podobnie jak z częstotliwością odświeżania.

Huawei nova 10 Pro
Huawei nova 10 Pro

Huawei nova 10 Pro na naszym rynku działa pod kontrolą EMUI 12.1, a nie HarmonyOS. W jednym jak i drugim przypadku nasze usługi, aplikacje czy inne elementy systemu wykorzystują HMS, czyli Huawei Mobile Services. Tak, nie ma usług Google, ale im częściej używam smartfonów Huawei, tym mniej mi tych usług brakuje. Receptą na brak Google jest aplikacja Gspace, która jest jedną z pierwszych aplikacji instalowanych przeze mnie na smartfonach Huawei. Pokrótce trochę oszukuje i podmienia nazwę smartfonu na inną, dlatego sprawdzając zalogowane urządzenia na koncie Google, zamiast Huawei nova 10 Pro możemy zobaczyć np. Huawei 8X. Tak jak w moim przypadku.

Poprzez aplikację możemy zainstalować wszystkie najpotrzebniejsze aplikacje jak Zdjęcia Google, Google Keep, YouTube, Mapy, Gmaila, Dysk Google czy Dokumenty Google, ale można tam też znaleźć inne apki jak Facebook, Uber, Instagram czy nawet Orlen Vitay i Hebe. W chwili korzystania z Gspace na nova 10 Pro było tam 37 aplikacji i ich liczba się sukcesywnie powiększa, bo wiem, że np. na nova 9 było ich mniej. Wszystko działa „z palca”, choć czasami trzeba poczekać z 2-3 sekundy aż aplikacja się włączy. Nie zauważyłem tam Kalendarza Google, więc trzeba wspomóc się wersją przeglądarkową i na pewno nie działa asystent głosowy i Android Auto. Tego ostatniego akurat nie używam, więc nie czuję straty, ale wiem, że są osoby, którym tego brakuje.


Poinstalowałem co potrzebuję i sporo rzeczy pokrywało się z tym, o czym pisałem przy okazji recenzji Huawei P50 Pro i Huawei nova 9. Doszło kilka aplikacji i coraz więcej się ich pojawia w AppGallery (np. Revolut z integracją HMS), a nawet jeśli jakiejś tam nie ma, można ją zainstalować z pliku apk. Akurat wyszukiwarka Petal jest tak „inteligentna”, że sama podpowiada, że jakąś aplikację można znaleźć bezpośrednio w sklepie albo pobrać i zainstalować z pliku. Miałem też raz tak przy okazji aplikacji OneDrive, że pobrałem jakąś wersję, która nie działała (po włączeniu był tylko biały ekran), ale pobrałem jeszcze raz, inną wersję i już bez problemu poszło.

EMUI 12 jest już dojrzałą i dobrze działającą nakładką, ale strasznie nie podoba mi się to, że na siłę wciskane są w niej aplikacje, których niekoniecznie potrzebujemy. Są już domyślnie porobione różne foldery z proponowanymi aplikacjami wśród których na nova 10 Pro znalazło się nawet gadu-gadu czy mBank. Na szczęście to tylko skróty, które nie zajmują pamięci i można je kilkoma kliknięciami usunąć. Ogólnie mam wrażenie, że musimy poświęcić trochę więcej czasu niż zazwyczaj, by poustawiać wszystko pod siebie, ale jak już to zrobimy, to ze smartfonu będzie korzystało się bardzo przyjemnie.

Huawei nova 10 Pro
Huawei nova 10 Pro

Huawei ma swoje usługi i aplikacje, które składają się na naprawdę rozbudowany ekosystem. Wygląda i działa to znacznie lepiej niż jeszcze przed rokiem, a mając kilka urządzeń Huawei jak np. smartfon, laptop i słuchawki możemy je w funkcjonalny sposób połączyć ze sobą. Mamy Huawei Share i Super Device, co znacznie to ułatwia. Możemy szybko łączyć akcesoria, przerzucać pliki w locie czy wykorzystać tablet jako dodatkowy ekran.

Nadal jednak smartfonem nie można tak swobodnie płacić jak normalnym Androidem, ale można to robić przez aplikację Curve. Nie podłączymy też do niego smartwatcha z Wear OS czy nie wyszukamy głosowo adresu w mapach, bo asystent głosowy Celia jeszcze nie ogarnia tak bardzo jak powinien. Przykładowo, chciałem wyszukać „Kielce, Targowa”, a w wynikach dostałem jakiejś miejsca w… Amsterdamie.

Nowy smartfon, „stary” procesor

W Huawei nova 10 Pro mamy procesor Snapdragon 778G, a zatem układ z połowy 2021 roku, który był też w dwóch poprzednich smartfonach, czyli nova 9 i nova 9 Pro. Trochę słabo, że przy nowszym smartfonie nie nastąpił upgrade. Nie chcę tu brnąć w żadne teorie, ale być może wszystko kręci się wokół sankcji i 5G. Zastosowany tutaj Snap nie obsługuje 5G i myślę, że w przypadku smartfonu w 2022 roku od kluczowego producenta możemy określić go jako przestarzałym.

Huawei nova 10 Pro
Huawei nova 10 Pro

Ale jak widzę, co potrafi ten smartfon, jak radzi sobie z zadaniami i jak płynnie działa, to sądzę, że wcale lepszego procesora nie potrzebuje. Tym bardziej, że na płynność działania spory wpływ ma szybka pamięć (nie mam pewności czy to UFS 2.2 czy 3.1) i ekran z odświeżaniem 120 Hz. A prędzej dwa razy zmienimy smartfon niż w pełni wykorzystamy możliwości 5G. Huawei nova 10 Pro obsługuje Wi-Fi 6, ma NFC, Bluetooth 5.2 i oczywiście GPS. W teście prędkości wyciągnął 540 Mbps podczas pobierania i 62 Mbps przy wysyłaniu danych na łączu 600/60 Mbps.

Telefon ma głośniki stereo, które radzą sobie przeciętnie i mam wrażenie, że miałem do czynienia z tańszymi smartfonami, które grały lepiej. Tu przy niektórych dynamiczniejszych utworach dźwięk mocno się zlewa, a niskie tony brzmią trochę tak jakby ktoś walił młotkiem w metalowy stół. Przy spokojniejszych utworach, bez wokalu i na połowie głośności, gdy puszczamy sobie coś w tle, np. podczas pracy, jest w porządku. Wspomnę też, że w zestawie nie ma słuchawek, a smartfon nie ma mini jacka, co akurat dla mnie, w dzisiejszych czasach, nie jest minusem.

Podsumować trzeba

Tak, trzeba podsumować i wcale nie jest to proste zadanie. Jak wspomniałem na początku, nie wyrobiłem sobie jednoznacznego zdania o tym smartfonie, co zdarza mi się wyjątkowo rzadko. I co ciekawe, wcale nie opiera się to o to, że smartfon nie ma Google’a czy 5G. Sądzę, że powinien być lepszy, bo kosztuje sporo więcej niż poprzednik, a ja podczas testów nie odczułem tego, że te dorzucone 700 złotych dają jakąkolwiek przewagę. Absolutnie nie i jestem pewien, że mając obok siebie nową i starą novę, nie wiedząc ile obydwa smartfony kosztują, nikt nie odczuje różnicy w działaniu. Choćby najdrobniejszej, a sporo kasy zostanie w kieszeni.

Wiem, że to recenzja Huawei nova 10 Pro, ale do mnie bardziej przemawia Huawei nova 9, mimo tego, że to ubiegłoroczny telefon

Tu dostajemy trochę lepszy aparat z przodu z większymi możliwościami i jak widać było po moim egzemplarzu, niekoniecznie działające turbodoładowanie akumulatora. Huawei nova 10 Pro ma też design, który jest w pewnym sensie rozwinięciem tego co w dziewiątce, ale nie każdemu podpasuje. Poza tym, jak na smartfon za trójkę jest sporo braków jak przede wszystkim brak optycznej stabilizacji obrazu, standardu bezprzewodowego ładowania czy odporności na zalania. To mocne trzy powody. by kręcić nosem. Coś czuję, że Huawei trochę przespał ten model i mógł lepiej się do niego przyłożyć.

Na początku dałem siódemkę w Galaktykomierzu, ale potem stwierdziłem, że na to nie zasługuje, bo siódemkę miała też nova 9, co było naprawdę uzasadnioną oceną. Z racji tego, że nie ma „połówek”, pozostaje tylko albo i aż szóstka.

W recenzji pojawił się link w ramach kampanii Ceneo

]]>
https://galaktyczny.pl/2022/10/31/huawei-nova-10-pro-recenzja/feed/ 0
Jak to polubiłem się z Chromebookiem. Acer Chromebook 315 – recenzja https://galaktyczny.pl/2022/10/25/recenzja-acer-chromebook-315/ https://galaktyczny.pl/2022/10/25/recenzja-acer-chromebook-315/#comments Tue, 25 Oct 2022 17:40:55 +0000 https://galaktyczny.pl/?p=84557 Miałem już kilka podejść do Chromebooków, które nie kończyły się tak jakbym tego chciał. Ale ostatnio coś się zmieniło. Najpierw zainstalowałem ChromeOS na przedpotopowym i grubaśnym laptopie, który totalnie go odmienił i dał mu drugie życie. Potem trafił do mnie na dłużej tytułowy Acer Chromebook 315, na którym starałem się robić to, co przeważnie robię na prywatnym komputerze. Udało się do tego stopnia, że nie dość, że cały ten tekst napisałem właśnie na nim, to jeszcze pograłem trochę w gry. Tak, w gry na Chromebooku.

Czym jest Acer Chromebook 315?

Gdyby ktoś pierwszy raz spojrzał na tego laptopa i jakimś cudem nie zauważył charakterystycznego logo na obudowie, to stwierdziłby, że to po prostu kolejny zwykły laptop. Ale jak sama nazwa wskazuje, jest to Chromebook, czyli owszem, budżetowy sprzęt, ale taki, którego siłą jest ChromeOS. Ultra lekki linuksowy system operacyjny, który sprawdza się w codziennych zadaniach i działa wyjątkowo dobrze nawet na niedrogich komputerach z niekoniecznie topową konfiguracją. A Acer Chromebook 315 niewątpliwe takim komputerem jest, bo kosztuje 1499 złotych.

Acer Chromebook 315
Acer Chromebook 315

Spoglądając na kwestie technicznie, mamy tu 2-rdzeniowy procesor Celeron, pamięć 128 GB na dane (szkoda, że eMMC) i do 8 GB pamięci RAM. Napisałem „do”, bo testowana przeze mnie sztuka miała tylko 4 GB, ale w sprzedaży we wspomnianej wyżej cenie jest tej pamięci dwa razy więcej. Z tego co się dogrzebałem, RAM-u zwiększyć się nie da, bo jest wlutowany na stałe, więc od razu proponuję szukać wersji „tej wzmocnionej”. Sam system i cała filozofia z nim związana sprawiają, że komputer działa wyjątkowo szybko i sprawnie. Owszem, można znaleźć też dużo mocniejsze Chromebooki, z lepszym procesorem czy większym dyskiem, ale też odpowiednio droższe, co sprawia, że coraz bardziej oddalamy się od przystępnego cenowo laptopa do codziennej pracy.

Mam wrażenie, że to najbardziej klasycznie wyglądający laptop wśród laptopów z tej kategorii.

Ma 15,6-calowy wyświetlacz IPS, typową dla takich laptopów obudowę z plastiku czy pełnowymiarową klawiaturę z blokiem numerycznym. Wypisz, wymaluj definicja laptopa. Generalnie Acer Chromebook 315 jest dobrze wykonany i zadowalająco spasowany, choć nie znajdziemy tu żadnych lepszych materiałów niż plastik. Cieszy rozdzielczość Full HD i matowa powłoka ekranu, co mocno wpływa na komfort pracy i to ile rzeczy zmieścimy i widzimy na ekranie. Jest też touchpad z kilkoma gestami. Liczba portów jest optymalna, bo mamy po jednym USB-C i USB-A (USB 3.2 Gen. 1) po obu stronach laptopa oraz gniazdo słuchawkowe. Ktoś stwierdzi, że brakuje HDMI, ale jest to przecież Chromebook z opcją najwygodniejszego bezprzewodowego przesyłania obrazu (chromecast) np. na telewizor.

W tym laptopie można znaleźć też kilka rzeczy, które w pewien sposób go wyróżniają. Bateria ładuje się przez USB-C, niezależnie od tego, czy ładowarkę podłączymy do portu z lewej czy z prawej strony laptopa. Fajnie, że mamy uniwersalne złącze i możemy naładować Chromebooka nawet mocniejszą ładowarką od smartfonu. Mamy Wi-Fi 5 i Bluetooth 5.0, więc w miarę najświeższe standardy łączności. Zaskoczeniem było też dla mnie to, że ekran możemy odchylić na płasko, co nie zawsze jest możliwe w niedrogich sprzętach. Dzieje się też, gdy spojrzymy na klawiaturę. Nie ma tam wszystkich klawiszy znanych z windowsowych komputerów, a w ich miejsce pojawiły się przyciski z funkcjami stworzonymi z myślą o ChromeOS. Łatwiej możemy przeskakiwać między otwartymi programami, korzystać z wyszukiwarki z przyczepionymi aplikacjami (przycisk z lupą w miejscu Caps Locka), przechodzić do wszystkich aplikacji jednym przyciskiem czy włączać bądź wyłączać tryb pełnoekranowy.

Acer Chromebook 315
Acer Chromebook 315

Czego mi najbardziej tutaj brakuje? Przede wszystkim podświetlanej klawiatury co jest takim moim swoistym „must have” w laptopach. Nie pogardziłbym też szybszą opcją logowania, przykładowo za pomocą odcisku palca, by jeszcze szybciej dostać się do komputera. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że dodanie takich funkcji wpłynęłoby na wyższą cenę.

Do pisania i innych codziennych zadań

Ważne jest to, że nawet mnie, osobie, która zawsze chce mieć turbo-wydajny i najlepszy sprzęt obok siebie, korzystało się z Chromebooka zaskakująco dobrze. ChromeOS jest lekki, szalenie łatwy w obsłudze i bardzo przyjazny, więc od razu można się w nim odnaleźć. Co więcej, w trakcie korzystania dostał przynajmniej jedną aktualizację, co tylko świadczy o tym, że jest zawsze aktualny. Generalnie aktualizacje pojawiają się co 4-6 tygodni, ale czasami pojawiają się później, by zapewnić jak najlepsze wrażenia z użytkowania po ich instalacji. Mamy pasek na dole, gdzie już domyślnie są przypięte najważniejsze aplikacje i gdzie możemy dopiąć też swoje. Tak jak zrobiłem chociażby z Google Keep. Po lewej stronie mamy menu ze wszystkimi aplikacjami i wyszukiwarką, a po prawej dostęp do szybkich ustawień i wskaźników (np. stanu baterii).

ChromeOS to system, który opiera się na usługach i aplikacjach Google, więc jeśli ktoś korzysta z tego na co dzień, to będzie się czuł jak we własnym domu. Będzie czuł, że ten komputer jest stworzony dla niego.

Wystarczy zalogować się na swoje konto Google i przeklikać kilka opcji. Mamy przeglądarkę Chrome, mamy kalendarz Google, skrót do Gmaila czy YouTube’a, ale jest też sklep Google Play i w każdej chwili możemy doinstalować taką aplikację jaką tylko chcemy. No dobra, pod warunkiem, że jest ona w tym sklepie dostępna. Ja nie miałem problemu ze znalezieniem Messengera, Spotify, aplikacji Disney+, Instagrama czy pakietu biurowego (skorzystałem z tego od Google). Owszem, brakowało mi trochę bardziej rozbudowanego edytora grafiki, z którego korzystam na pececie, ale zawsze można się wesprzeć jakimś androidowym lub webowym edytorem.

Mogłem pisać teksty tak jak na stacjonarce, korzystając z Google Keep, dokumentów Google albo bezpośrednio w przeglądarce i panelu swojej strony. Mogłem przeglądać zdjęcia i pliki, ogarnąć Twittera i pozostałe sociale, mogłem korzystać z Gmaila i innych skrzynek pocztowych, obejrzeć coś na YouTubie albo w serwisach streamingowych. Bez problemu obejrzałem transmisje meczu w przeglądarce, zrobiłem przelew i masę innych rzeczy, które robię na komputerze. Nawet przejrzałem zdjęcia, które miałem na telefonie, bo jest taka funkcja jak Phone Hub, która łączy Chromebooka ze smartfonem z Androidem.

Dobre jest też to, że w Chromebooku nie musimy instalować żadnych antywirusów. ChromeOS jest na tyle bezpieczny, że spokojnie możemy korzystać nawet z bankowości internetowej. W Google Chrome jest wbudowana funkcją zwana „Piaskownicą”, która zwiększa poziom bezpieczeństwa podczas korzystania z przeglądarki. Chodzi o to, że każda uruchomiona strona internetowa lub aplikacja jest traktowana jako osobny proces. Gdy okaże się, że np. jedna ze stron otwartych na kartach przeglądarki została zainfekowana, to tryb piaskownicy nie pozwoli na wykonanie złośliwego kodu i rozprzestrzenienie się zagrożenia na inne karty, zapewniając tym samym stabilne działanie komputera. No i najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że mamy stałą synchronizację naszej przestrzeni roboczej w chmurze Google. Oznacza to, że mamy zawsze dostęp do swoich danych, bo są przechowywane na koncie Google, niezależenie od tego na jakim Chromebooku się zalogujemy.

Acer Chromebook 315 z ChromeOS
Acer Chromebook 315 z ChromeOS

Chromebook potrzebuje raptem 5-6 sekund (czas rozruchu zależy od urządzenia), by od wyświetlenia logo systemu pojawił się ekran logowania. Działa błyskawicznie i wybudza się od razu, gdy tylko podniesiemy pokrywę. Ja doceniłem to kilkukrotnie, gdy wpadła mi do głowy jakaś myśl, którą chciałem od razu dodać do tekstu i mogłem to zrobić praktycznie z doskoku, bez czekania aż coś się włączy czy załaduje. W zasadzie nie musiałem go nawet wyłączać, bo nie było to konieczne. Kończyłem jakieś zadanie, zamykałem klapę i tyle, a gdy chciałem wrócić, to otwierałem i laptop od razu był gotowy do działania.

Pograć też można!

Tak, na Chromebooku można pograć i tu z pomocą przychodzą usługi streamingu gier. No dobra, można zainstalować coś ze sklepu Play, ale jak skorzystamy z cloud gamingu, to mamy dostęp do szerszej biblioteki gier.

Uruchomiłem kilka gierek i było tak jak się spodziewałem. Może streamowana grafika nie powalała na kolana, dało się odczuć, że jej jakość jest dynamicznie ustalana, ale przynajmniej było płynnie, co w przypadku Chromebooka jest chyba istotniejsze. To nie jest sprzęt, na którym odpalimy grę ustawioną na maksa w najwyższej możliwej rozdzielczości, ale dzięki usłudze streamingowej będziemy mogli zagrać w najnowsze tytuły. Bez instalowania, bez czekania i w zasadzie od razu, od kliknięcia. W przypadku Chromebooka mało ważne jest to, czy jest to prosty pikselowy roguelike czy tytuł AAA. Każdy będzie działał tak samo płynnie.

Bateria rzeczywiście jest w stanie wytrzymać cały roboczy dzień, choć to też zależy od urządzenia czy tego w jaki sposób z niego korzystamy.

Przy takiej typowo biurowej pracy z przerwami na kawę, kuriera czy coś do jedzenia, status baterii pokazuje szacunkowo od 9 do 11 godzin. W moim przypadku, gdy siedziałem przy Chromebooku cały wieczór zeszło z baterii około 40%. Przez około godzinę grania w Assassin’s Creed Valhalla z około 59% baterii spadło do 38%. Gry działały dobrze nawet przy mocno wyczerpanej baterii, gdy ta miała około 20%. Najlepsze jest to, że Chromebook w ogóle się nie grzeje i jest totalnie bezgłośny, bo nie ma aktywnego chłodzenia. Akumulator naładujemy w około jedną godzinę i 20 minut i możemy to zrobić dołączoną ładowarką albo inną z USB-C, np. od smartfonu czy tabletu. Ta fabryczna w pudełku ma 45 W.

Dla kogo jest Chromebook?

Przyznam, że po czasie spędzonym z Chromebookiem mocno zmieniłem swoje podejście do takich komputerów. Może nie są aż tak rozbudowane i wydajne jak inne, droższe sprzęty, ale dają praktycznie wszystko to, do czego komputer został stworzony. Chromebook działa super szybko, uruchamia się w kilka sekund, ma łatwy w obsłudze i bezpieczny system ChromeOS. Z powodzeniem można go używać w typowo domowo-biurowych zadaniach i nie martwić się o nasze dane, które są synchronizowane w chmurze. W zasadzie do działania potrzebujemy tylko w miarę szybkiego neta i konta Google. Do tego zakup takiego komputera nie nadszarpnie domowego budżetu, tym bardziej, że czasami można go znaleźć w dobrych promocjach. Tak jak ostatnio gdzie testowanego tutaj Acer Chromebook 315 widziałem w trzycyfrowej kwocie.

Artykuł powstał we współpracy z Acer i Google

]]>
https://galaktyczny.pl/2022/10/25/recenzja-acer-chromebook-315/feed/ 3
Dobry, ale w tylko odpowiedniej cenie. POCO X4 Pro 5G – recenzja https://galaktyczny.pl/2022/10/23/poco-x4-pro-5g-recenzja/ https://galaktyczny.pl/2022/10/23/poco-x4-pro-5g-recenzja/#respond Sun, 23 Oct 2022 19:06:00 +0000 https://galaktyczny.pl/?p=84859 Nie odkryję koła na nowo jeśli napiszę, że wśród smartfonów z tak zwanej średniej półki dzieje się najwięcej. Doszło nawet do tego, że „średniaki” dzielą się jeszcze na te tańsze i droższe. POCO X4 Pro 5G należy właśnie do tej kategorii, ale można go uplasować gdzieś bliżej tych tańszych. Wszystko przez to, że smartfon po debiucie w Polsce został wyceniony na 1499 złotych w wersji 6/128 GB. Jak jest teraz? A teraz można trafić na promocje i jest znacznie taniej. I w przypadku tego smartfonu to głównie cena determinuje to, czy warto go mieć.

Zanim na dobre rozpiszę się o POCO, jeszcze chcę nawiązać do Xiaomi, które ewidentnie mocno się pogubiło. Firma wydaje nowe smartfony jak szalona i często dochodzi do tego, że mamy dwa czy nawet trzy takie same smartfony tylko pod inną nazwą. I nie bez powodu do tego nawiązuję, bo POCO X4 Pro 5G to pod względem specyfikacji to samo co Redmi Note 11 Pro 5G. Niby wyodrębnione marki, ale jednak widać, że dostajemy jeden i ten sam produkt tylko w innym opakowaniu. Serio, smartfony mają identyczną specyfikację i różnią się tylko obudową. To trochę tak jak za czasów szkolnych – weź coś pozmieniaj, tylko tak żeby się facetka nie połapała.

Jak jest z wydajnością POCO X4 Pro 5G?

Pierwszy smartfon POCO, czyli Pocophone F1 miał pokazać, że można zrobić tani smartfon z najlepszym procesorem znanym z flagowców. Wtedy był to rok 2018 i procesor Snapdragon 845. Powiedzmy, że w kolejnym smartfonach też to praktykowali, ale im pojawiało się więcej modeli, tym bardziej się to rozmywało. Do takiego POCO X4 Pro 5G wsadzili z kolei Snapdragona 695, procesor z ośmioma rdzeniami i 5G, ale niżej pozycjonowany. No i się zaczęło, więc od razu, na początku recenzji, miejmy kwestię wydajności za sobą.

POCO X4 Pro 5G
POCO X4 Pro 5G

Dlaczego nie topowy chip? Z jednej strony, smartfon, który ma w nazwie „Pro” powinien mieć najlepszy możliwy procesor. Tak jak to było wcześniej, co w pewien sposób wyróżniało smartfony POCO i kiedyś OnePlusa. Umówmy się, takie smartfony wybierane były głównie przez młodsze osoby, które chciały mieć najlepszy procesor w jak najniższej cenie. Wiecie, by cały dzień naparzać w Fortnajta i pochwalić się przed kolegami, że dali trochę ponad tysia za telefon i mają lepszy procesor niż w ajfonie za 4 razy tyle. Problem tylko w tym, że nie wszystko da się upchać w określnej cenie. Jak się da topowy procesor, to trzeba urwać trochę z aparatu. Tak było w przypadku niemal każdego smartfonu POCO.

Z drugiej strony, 695-tka to nie jest wcale taki słaby procesor

To najmocniejsza jednostka przed pojawieniem się układu ze zmienionym nazewnictwem (Snapdragon 6 Gen 1) i procesor dla „średniopółkowców” wspierający łączność 5G. Jestem pewien, że we wspomnianym już Fortnajcie nie zobaczy się większej różnicy (a i może telefon będzie się mniej grzał), ale wydajność to jednak nie wszystko. POCO X4 Pro 5G nie nagramy więcej jak Full HD w 30 klatkach, bo ponoć procesor tego nie ogarnia. Szczerze powiedziawszy, z chęcią wyrzuciłbym 5G, a w jego miejsce dodał lepszą jakość wideo.

POCO X4 Pro 5G
POCO X4 Pro 5G

To jak jest z tą wydajnością? Powiedziałbym jak to w Xiaomi ze średniej półki. Do procesora Snapdragon 695 musimy dorzucić jeszcze zadowalająco szybką pamięć UFS 2.2 (ale nie najszybszą, w POCO X3 Pro było UFS 3.1), wyświetlacz z odświeżaniem 120 Hz i przeładowaną nakładkę MIUI 13. I co tu dużo mówić, gdyby nie to ostatnie to pewnie byłoby znacznie lepiej. Żeby smartfon działał idealnie płynnie i bez najmniejszego zająknięcia, to te elementy muszę poniekąd ze sobą dobrze współgrać. Każdy z nich ma wpływ na komfort korzystania ze smartfonu i jeśli jedno nie domaga, to nie dzieje się dobrze. POCO X4 Pro 5G sprzętowo jest w porządku, ale podczas korzystania miałem wrażenie, że wszystko psuje nakładka. To nie jest zwykłe MIUI, a MIUI przygotowane dla POCO, więc może tu jest coś nie tak. W każdym razie, dało się odczuć, że jest tam „szybszy” ekran, bo różnicę między 60, a 120 czy nawet 90 hercami jestem w stanie dostrzec zawsze. Procesor też sobie radził, bo nawet po jakimś graniu obudowa aż tak bardzo się nie nagrzewała. Ale przy szybszym przełączaniu między aplikacjami, zamykaniu aplikacji czy nawet przesuwaniu pulpitów zbyt często rwało animacje i widocznie były zacięcia, by o tym nie napisać.

Gdy miałem u siebie POCO X4 Pro 5G to dosłał przynajmniej dwie aktualizacje, w tym jedną naprawdę dużą, ważącą 3,1 GB

MIUI 13 było oznaczone jako stabilne i miało aktualizacje zabezpieczeń ważne na lipiec 2022. Domyślny menedżer pulpitu to oczywiście POCO Launcher, który ma swoje plusy, jak choćby to, że jest pierdyliard możliwości personalizacji. A to takie ikony, a to taki układ, a to efekty przejścia, apki w szufladzie albo nie, rozmiar czcionki i tak dalej. Ale co z tego jak z nakładki został zrobiony śmietnik, bo jest mnóstwo preinstalowanych aplikacji powszechnie uważanych za zapychające i niepotrzebne. By nie napisać bardziej ostro. Sam naliczyłem ich 16, a i tak nie brałem pod uwagę Facebooka, Netflixa czy TikToka. Ja rozumiem, że partnerzy, ale żeby od razu tyle tego dorzucać?

Na pewno polubiłem się z belką systemową, gdzie są duże i czytelne przełączniki. Belka jest podwójna co oznacza, że spuszczając ją bardziej z prawej strony mamy przyciski, a robiąc to samo z lewej, pokazują się powiadomienia (o ile jakieś są). Do tego też można przywyknąć, choć przyznam, że gdy testowałem pierwszy telefon z tym rozwiązaniem, to kręciłem nosem.

W systemie mamy też tryb czytania, ręcznie wybieraną częstotliwość odświeżania, gdzie można ustawić 60 lub 120 Hz (nie widziałem nigdzie opcji automatycznej), jasny lub ciemny schemat kolorów, kilka gestów (w tym podwójnie dotknięcie czujnika odcinku palca) czy tryb jednoręczny.

A jak jest z wykonaniem i ekranem?

POCO X4 Pro 5G ma raczej standardowe proporcje i wymiary jak na smartfon z 6,67-calowym wyświetlaczem. Udało się go jednak trochę odchudzić (205 g) i wyszczuplić (8,1 mm) w porównaniu do poprzednika. Mamy tu do czynienia z klasyczną „kanapką” gdzie dwie tafle szkła łączy plastikowa rama. Pod względem jakości nie jest źle, ale mam pewne zastrzeżenia. Po pierwsze, czuć, że szkło z tyłu nie jest takie jak w droższych modelach i nie dam sobie nic uciąć, ale mam obawy czy w ogóle jest to szkło. Po drugie, od razu widać i czuć, gdy weźmie się do telefon do ręki, że ramka jest z plastiku. Ogólnie taka „plastikowość” tego smartfonu jest mocno wyczuwalna, ale na takim zrównoważonym poziomie. To znaczy, miałem w rękach droższe smartfony gdzie odczucia z wykonania obudowy były podobne.

POCO X4 Pro 5G
POCO X4 Pro 5G

Pierwszy raz w życiu nie przeszkadzała mi tak bardzo wyspa z aparatami. Generalnie takie pogrubienie w górnej części smartfonu nigdy nie jest dobre, ale tu mamy przynajmniej taki plus, że telefon położony na płaskiej powierzchni nie chybocze się na boki. Wszystko przez to, że wyspa rozciągnięta jest na szerokość smartfonu. Nie mogło tam zabraknąć napisu POCO i informacji o tym, że główny aparat ma 108 Mpix.

Do mnie trafiła wersja czarna (Laser Black), która na żywo czarna nie jest. W zależności od oświetlenia wpada w kolor grafitowy, granatowy i szarości. Na obudowie tworzy się też ciekawy wzór, który możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach. Mnie kojarzy się to ze słupami światła, które pojawiają się w nocy na niebie przy okazji koncertów czy innych wydarzeń.


POCO X4 Pro 5G nawet przyjemnie leży w dłoni, ma płaski ekran za co ma też ogromny plus i ramkę, która się nie palcuje, ale obudowa okrutnie zbiera kurz. Szczególnie jest to widoczne w okolicy aparatów.

Aparat takie sobie

Smartfon ma trzy aparaty z tyłu i jak już wspomniałem, główny ma 108 megapikseli. Do tego dochodzą jeszcze dwa z obiektywem szerokokątnym i do zdjęć makro. Rzecz jasna, w żadnym nie uświadczymy optycznej stabilizacji obrazu. No co, zdjęcia szału nie robią i co najwyżej są poprawne. W dzień są do zaakceptowania, ale jak tylko jest sztuczne światło i chcemy w takim warunkach skupić na czymś ostrość, to aparat przegrywa. Widać też różnicę w kolorach na zdjęciach zrobionych różnymi obiektywami (kilka przykładowych jest poniżej).

Aparat powinien być lepszy, tym bardziej, że ze względu na niżej pozycjonowany procesor nie mamy nagrywania w 4K czy nawet Full HD z większą liczbą klatek na sekundę niż 30.

Zdjęcie z szerokiego kąta, w trybie normalnym i z dwukrotnym przybliżeniem:

Zdjęcia w trybie normalnym i z dwukrotnym przybliżeniem:

Bateria to mocna zaleta

Gdybym miał wymienić tylko trzy najważniejsze zalety tego smartfonu to z pewnością wśród nich byłaby bateria i to wcale nie na ostatnim miejscu. POCO X4 Pro 5G ma pod obudową akumulator 5000 mAh, ale tu wcale nie pojemność jest najistotniejsza. Owszem, sporo tych miliamperogodzin, ale wrażenie robi też szybkie ładowanie. Adapter jest w zestawie i działa z mocą 67 W, obsługując przy tym Quick Charge 3.0 i Power Delivery.

Smartfon potrzebuje około 54 minut, by bateria naładowała się do 100%

Zaraz po podłączeniu watomierz wskazał 64,75 W, a im bliżej końca ładowania tym moc ładowania była niższa. To normalne. Po 10% ładowarka „dawała” około 52 W, w okolicy 65% było połowę mniej, przy 90% było 20 W, by przy końcu spadło do około 9 W. Temperatura adaptera wyniosła 43,7°C, a obudowy telefonu 37,8°C. Nie ma tu w ogóle ładowania bezprzewodowego, a o zwrotnym w tej półce cenowej to nawet marzyć nie się nie powinno.

POCO X4 Pro 5G wypada… znośnie

Smartfon, podobnie jak testowany wcześniej Xiaomi Band 7, przyjechał do mnie ze sklepu Hekka. Dodałem link śledzący, bo tak się z nimi dogadałem. Nic z tego nie mam, ale sklep przynajmniej wie, że przekliki pochodzą z Galaktycznego, jeśli oczywiście klikniecie. Pozwoli to w przyszłości na załatwienie innych sprzętów do testu. Jak coś to z kodem galaktyczny10 macie 9 euro rabatu ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

POCO X4 Pro 5G
POCO X4 Pro 5G

POCO X4 Pro 5G technicznie jest naprawdę dobrym i zaskakującym smartfonem. Wydajnościowo sobie radzi, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie przepełnione duperelami oprogramowanie. To jakaś zmora smartfonów z tej półki, szczególnie od Xiaomi. Na szczęście większość tych reklamowym zapychaczy można odinstalować, a to smartfonowi wyjdzie na dobre. Z mocnych stron trzeba wymienić wyjątkowo sprawnie działający czytnik linii papilarnych na prawym boku ukryty w przycisku zasilania czy bardzo przyjemne wibracje, które można pomylić z bardziej zaawansowanymi, haptycznymi. Jest NFC, są prawdziwe głośniki stereo i nawet z mini jacka nie zrezygnowano. Niespodzianką jest też dioda podczerwieni, która z dedykowaną aplikacją Mi Remote zamienia smartfon w uniwersalny pilot.

Szkoda, że MIUI w tym smartfonie jest jakie jest, a smartfon pod względem aparatu trochę nie dojeżdża. Wydajnościowo przegrywa z poprzednikiem, czyli POCO X3 Pro, ale biorąc pod uwagę całokształt, pasuje mi bardziej, głównie ze względu na design i niektóre funkcje. POCO X4 Pro 5G jest jednak za drogi na starcie, więc trzeba polować na niego w promocjach. Kiedyś widziałem go za 1249 złotych, co już było dobre, ale im bardziej zbliżymy się do tysiąca, tym lepiej. Zarówno dla naszego portfela, ale też atrakcyjności tego smartfonu.

]]>
https://galaktyczny.pl/2022/10/23/poco-x4-pro-5g-recenzja/feed/ 0