Facebook, Twitter, Instagram, Pinterest, Tumblr, dla co odważniejszych nawet 4Chan. W telefonie, tablecie, laptopie. A, jeszcze smartwatch. Albo i dwa. Oczywiście na raz. Takie czasy nastały, że teraz nawet przaśna, standardowa wizyta w toalecie, kiedy nie mamy ze sobą telefonu, to istna tortura, bo przecież to, co napisane na butelce szamponu, albo, jak mamy szczęście, odświeżacza powietrza, czy innego proszku do prania, znamy już na wylot. Z substancjami powierzchniowo czynnymi włącznie.

Jak to jest, że jak się człowiek na chwilę chociaż odłączy od wszechogarniającego szumu informacyjnego to momentalnie głupieje? Brzmi karkołomnie, ale to wcale nie jest żart. Ostatnia przerwa w dostawie energii elektrycznej, jaka przytrafiła się w Spółdzielni Mieszkaniowej obok podpisanego – przyprawiła go/mnie, o prawdziwy, w pełni zakwitnięty atak paniki. A co się stanie, jak w ciągu najbliższych kilku minut nie oddadzą prądu, a ja będę musiał ,no nie wiem, fejsa sprawdzić? Wstępnie przerażające, potem tylko zabawne, ale po odsłuchaniu w radiu audycji na temat „co by było gdyby” w przypadku całkowitego braku dostępu do energii elektrycznej, zmusza do refleksji.

Żonglowanie siedmioma siekierami, w rytmie lambady, z jednoczesną deklamacją Inwokacji, najlepiej w obcym języku. Tylko czekać, aż taka abstrakcja stanie się jednym z wymogów do spełnienia w procesie rekrutacji do naszej wymarzonej pracy. I nie będzie to niczym zaskakującym. Teraz, w przeciwieństwie do „starych dobrych czasów”, tempo życia przyspieszyło do tego stopnia, że doba jest po prostu za krótka. Znakiem czasów stało się więc chroniczne dzielenie naszej uwagi na kilka strumieni informacyjnych na raz. I staramy się być w tym coraz lepsi. Niestety, do czasu. Żadna to tajemnica, że człowiek to nie procesor, więc z wielowątkowością radzi sobie niepomiernie gorzej. Nawet można się podeprzeć badaniami naukowymi. Mało tego, można samemu eksperyment przeprowadzić. Nic trudnego. Wystarczy prowadzić rozmowę telefoniczną i czytać coś jednocześnie. Ludzki mózg nie jest w stanie przetworzyć więcej niż jednego strumienia językowego. Nie jest. Nie wierzysz? Sprawdź. Okaże się, że z lektury niewiele zapamiętasz, a i rozmowa telefoniczna nie będzie się jakoś specjalnie kleić. Mądrzejsi ode mnie to stwierdzili. Ale to akurat nie jest istotne. Ważne jest, że mimo wszystkich dowodów na to, że się nie da, my ludzie, nadal próbujemy i to z uporem godnym naprawdę wielkiej sprawy.

A co się tak naprawdę dzieje kiedy już się uda wyłączyć całą elektronikę? Sprawdzałem. Cisza jest przytłaczająca. Do tego stopnia, że nawet do zaśnięcia trzeba uruchamiać jakąś muzykę. No i jak żyć Panie redaktor? Jak żyć?

3 proste rady, dzięki którym nie masz ochoty się zapalić, a robota ma większe szanse, że zostanie skończona na czas.

Na sam początek, a nie da się bez tego niestety, trzeba oduczyć się wpajanego nam przez współczesny, stanowczo za bardzo rozpędzony świat, dzielenia naszej uwagi na więcej niż kilka zadań na raz. Łatwo nie będzie. Spinamy się latami, żeby wycisnąć z naszej świadomości możliwie najwięcej, żeby nasz skupienie wspinało się na szczyty możliwości jak doświadczony życiem szerpa. Oducz się człowieku czegoś, co wpajano ci przez lata. Zaskakująco, zrobisz więcej, robiąc mniej. Skoncentruj się na założeniach jakie masz w danej chwili do wykonania i nie zajmuj się niczym innym. Stopień zaangażowania umysłu w to co robisz da o wiele lepsze rezultaty, niż bieganie w kółko od zadania do zadania. Rób jedno, byle porządnie.

Po drugie, równie ważne, zapomnij o odhaczaniu kolejnych pozycji z listy rzeczy do zrobienia. Nie zajmuj się mikro zarządzaniem. Spójrz na zadanie całościowo. Poukładanie zadań w kolejności od najmniej ważnych do takich bez których świat się kończy nie ma prawa się udać, do czasu, aż spojrzysz na stojący przed tobą problem z daleka. Przykład? Wybierając kolor serwetek na „przesuperważne” spotkanie biznesowe, skończyło się tym, że ziemniaki wystygły, przystawki śmiesznie pachną, a alkohol jest ciepły. Zajmowanie się, pardon my french, duperelami, nie posuwa sprawy do przodu. Nie stawaj na głowie, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, w chwili, kiedy koszt twojego rozdrabniania się kładzie projekt.

Po trzecie, korzystaj z tego, czego nauczyli się inni. Zapieranie się, że uda się zrobić wszystko samodzielnie nie ma sensu. Masz przecież pod ręką narzędzia, masz telefon, tablet, laptopa, smartwatch, albo i dwa. Skorzystaj z nich. Wyszukanie rozwiązania pozornie nieprzeskakiwalnego problemu nie powinno zająć więcej niż chwilę, bo przecież elektronika jaką dysponujesz nie służy wyłącznie do sprawdzania statusów na fejsie, wysyłania fotki nowej potrawy na Instagrama, czy tweetnięcia o tym, czy owym. Nie bój się „delegować” swoich zadań, bo nadal jest wysoce prawdopodobne, że ktoś, kiedyś, już się nad czymś podobnym męczył i znalazł wyjście, tak proste, że w ogóle nie brałeś go pod uwagę.

Na pewno przez głowę przechodzi ci teraz, że mądrala, że to wcale nie jest takie łatwe. Raz nie powiedziałem, że to będzie bułka z masłem. Lekko nie będzie, ale skończenie z multitaskingiem sprawi, że twój własny mózg ci podziękuje. Spróbować nie zawadzi.

źródło grafiki: Flickr