Steve Jobs powiedział kiedyś na jednej z konferencji, że Apple oczywiście, popełnia błędy, ale naprawia je tak szybko jak się tylko da. Za każdym zaprezentowanym nowym iPhone’em pojawiał się model z dopisanym „s” w nazwie, który już z załatanymi dziurami po poprzedniku, po raz kolejny podbijał serca miłośników i światowe rynki. Jest to w sumie dalej dość zabawny proces wałkowania dwa razy tego samego, ale minęło już 8 lat, które zaczęliśmy od rewolucji w świecie smartfonów, a skończyliśmy na TouchID i jakoś nikt nie jest tym faktem oburzony. Czym jeszcze Apple może zaskoczyć nas i co najważniejsze – czym może zaskoczyć swoich konkurentów? Z lekkim opóźnieniem, zapraszam na recenzję najnowszego smartfonu giganta z Cupertino – iPhone 6s.

Na początku muszę się Wam się z czegoś wyżalić. Otóż, ta recenzja miała się pojawić już dawno. Została rozpoczęta, przemyślana, napisana i zaakceptowana przeze mnie samego do dalszego lotu w świat. Niemniej moja wytrzymałość psychiczna została naruszona, kiedy ten artykuł wraz z czterysta sześćdziesięcioma sześcioma gigabajtami zdjęć, notatek, programów i ogólnie moich prywatnych rzeczy, po prostu poszedł z dymem. Ot, odpalam komputer, pyk, nie działa i koniec, startować muszę z samego SSD, ale już bez połowy danych. No nic, stało się i już, jedyne co to moje wrażenia będą przez to bardziej subiektywne i okraszone większą ilością emocji. Nieszczęśliwego początku koniec, więc zaczynamy.

Pierwsze wrażenie

Nowego iPhone’a zobaczyłem na drugi dzień po oficjalnej prezentacji, bo przyznam się, że nie ekscytują mnie wszelkiej maści premiery i konferencje wielkich producentów, którzy – powiedzmy sobie szczerze – zawsze są tacy sami. Nudni, zmęczeni, jakby w ogóle nie byli przekonani do tego co mówią, sprawiają wrażenie typowego, zakochanego w bajtach informatyka, który ze swojej nory wyłazi właśnie wtedy, gdy musi pokazać światu, co robił podczas swojej społecznej nieobecności. Czasy Jobsa, który podczas najważniejszego wydarzenia w swoim rocznych kalendarzu wyszedł na kawę, bo czekał, aż wszyscy zgromadzeni na sali dziennikarze wyłączą swoje laptopy i skupią się na nim, gdyż inaczej nie odpali prezentacji nowego iPhone’a, minęły. Ale mniejsza o to. Nowego iPhone’a 6s zobaczyłem więc około 26 września i szczerze mówiąc… zobaczyłem to samo co rok wcześniej. Potwierdziły się plotki, dodano jedynie różowy do gamy kolorów obudowy i nie dało się ukryć, że z zewnątrz to w zasadzie odlew „szóstki”. Apetyt mój rósł jednak w miarę jedzenia, bo zacząłem czytać te wszystkie relacje z premiery, zachwyty nad tym 3D Touch i nowymi applowskimi „szmerami-bajerami”, ale ogólnie zlałem pojawienie się nowego smartfonu Apple ciepłym moczem, gdyż aktualnie do testowania miałem parę innych ciekawych urządzeń. Tak naprawdę, to zapragnąłem go mieć dopiero wtedy, gdy obejrzałem filmik jak zawsze niezawodnego Marquesa Brownlee, który zaprezentował wszystkie nowe funkcje na krótkim filmie. Jestem wzrokowcem, a więc dopiero w takiej formie 3D Touch czy Live Photos wywarły na mnie pozytywne wrażenia, a późniejsze filmiki prezentujące aparat i odporność na wodę nowego iPhone’a zmieniły mój status potencjalnego nabywcy z „nie obchodzi mnie” na „chcę go mieć!”.

Na premierę w Polsce przyszło jednak trochę poczekać, bo do białostockiego salonu iDream wybrałem się bodajże 10 października i od razu na wstępie dostałem pytanie – Czy posiada pan rezerwację? Rozumiecie? Żeby nabyć telefon za ponad trzy kafle trzeba jeszcze ustawić się w kolejce, bo inaczej nie ma bata, że dostaniesz swój egzemplarz, dopóki wcześniej nie umówisz się na zapłacenie ponad trzech tysięcy złotych. Jeszcze, żeby to był jakiś limitowany model Ferrari, jak np. 458 Speciale, wyposażony w dodatkowe aktywne spojlery i większą moc niż zwykła Italia, ale nie, to po prostu ten sam telefon, tyle że trzeba wcześniej zdecydować, że chcesz go kupić. Koniec końców, trochę kombinując, pogadałem sobie z menadżerem sklepu o tematach, które mnie w ogóle nie interesują i od słowa do słowa usłyszałem, że jeszcze jeden klient się nie zdecydował, i że w sumie to mogą do niego zadzwonić. No i ów pan zrezygnował z pre-orderu. Jego strata, bo będę miał telefon jeden dzień przed nim! Odebrałem swoją nową złotą „mydelniczkę”, niestety tylko 16 GB i tylko w wersji zwykłej, a nie „Plus”, bo jak mówiłem – innej nie było, a na drugi dzień wybierałem się w podróż.

Dojechałem do domu, rozpakowuję już dobrze znane mi pudełko, które od ostatniego modelu zmieniło tylko grafikę na ładniejszą i po raz kolejny widzę to samo, co rok temu. Wprawdzie ład, porządek i urzekający minimalizm, ale no kurde, Samsung czy LG co roku wprowadzają coś nowego, a Apple nad swoim nowym kształtem myśli aż dwa lata! W sumie to nieważne, bo i tak dałem się namówić na zakup tego urządzenia, więc chyba powinienem być choć trochę bardziej entuzjastyczny. Macam w dłoni nowy nabytek i jednak czuję różnicę – jest między innymi cięższy, a więc wygodniej leży w dłoni. Do tego złoty kolor jest naprawdę „Wow!” i wygląda dużo lepiej, niż kiedy w zeszłym roku wybrałem Space Gray. Po prostu widać z daleka, że to iPhone, a to o to chyba chodzi. Pierwsze uruchomienie, skanowanie palca i tu już zauważam poprawę – jest szybsze i dokładniejsze. Nie, że jakoś kolosalnie, ale porównując przykładowo z iPhone’em 5s to ta różnica jest już naprawdę spora. Potem przyszła pora na przypomnienie sobie hasła do Apple ID, logowanie, chwila synchronizacji i rozruch już z kopią danych mojego poprzedniego ajfona. Tak, to jest genialne. Rach, ciach i masz – wszystko to, co robiłeś i miałeś na swoim poprzednim telefonie – zdjęcia, notatki, zapisane hasła, tapety, zakładki, aplikacje, a nawet ostatnio otwierane strony i programy – to już powinno być standardem i właśnie tego zawsze brakowało mi w Androidzie. Potem podłączenie do iTunes i już, cała muzyka oraz fotki z innych telefonów też lądują na szesnastogigabajtowym dysku (a w rzeczywistości 11,3 GB) nowego iPhone’a. No dobra, po drodze miałem trochę pieprzenia się z przenoszeniem wiadomości z poprzednich telefonów, bo przecież od pół roku moim głównym smartfonem była Xperia Z3, no ale w końcu się udało. A i zapomniałem w ogóle o tych wszystkich nowych „ficzerach”. 3D Touch jest świetne, choć na początku wymaga przyzwyczajenia, bo nie jest naturalne naciskać na ekran tak, jakby zaraz miało się go uszkodzić. Niemniej nowy wyświetlacz jest dodatkowo wzmocniony, więc wytrzyma mocniejszy nacisk. No i trzeba przycisnąć od razu, bo dłuższe przytrzymanie powoduje zupełnie co innego. A no i jeszcze Live Photos, te ruchome zdjęcia. To jest fajne!

Specyfikacja iPhone 6s:

Nazwa:Apple iPhone 6s
Ekran:4,7″ LED IPS (Retina)
1334 x 750 pikseli, 326 ppi
szkło hartowane (wzmocnione)
Procesor:2-rdzeniowy Apple A9 do 1,85 GHz
dodatkowy Koprocesor M9
GPU:PowerVR GT7600 (6-rdzeniowy)
RAM:2 GB
Bateria:Li-Ion 1715 mAh
Pamięć wbudowana:16 GB (testowany egzemplarz)
64 GB, 128 GB
System:Apple iOS 9.1
Aparat:12 Mpix
nagrywanie wideo 4K przy 30 kl./s, 720p przy 240 kl./s
dwutonowa dioda LED, Live Photos, f/2.2
Aparat przedni:5 Mpix
nagrywanie wideo Full HD przy 30 kl./s
f/2.2, Retina Flash, HDR
Łączność:Bluetooth 4.2 LE
WiFi 802.11 b/g/n/ac
Przenośny hotspot Wi-Fi
GPS (z obsługą A-GPS, GLONASS)
LTE
NFC (tylko do Apple Pay)
Czujniki:Przyspieszeniomierz
Zbliżeniowy
Światła
Żyroskop
Magnetometr
Czytnik linii papilarnych
Czujnik poziomu nacisku (Force Touch)
Złącza:Lightning 
mini jack 3,5 mm
Standard karty SIM:nanoSIM
Wymiary:138,3 x 67,1 x 7,1 mm
Waga:143 g

 


SPIS TREŚCI:

  1. PIERWSZE WRAŻENIE | SPECYFIKACJA
  2. WYGLĄD I WYKONANIE | EKRAN
  3. APARAT | WYDAJNOŚĆ | BATERIA
  4. PODSUMOWANIE | PLUSY I MINUSY