Nie jestem fanem żadnej z drużyn, które spotkały się w tegorocznym finale Ligi Mistrzów. Byłem kiedyś kibicem jednej z nich, gdy w jedenastce na boisku było więcej gwiazd niż jakakolwiek drużyna mogła sobie w tamtych czasach tylko wymarzyć. Nie oglądałem też całego finału, bo gdy zaczęło się widowisko, pech chciał, że byłem akurat w samochodzie i wracałem z pracy. Ale nawet cała druga połowa i reszta meczu nie dały mi jednoznacznych sygnałów, po stronie której z drużyn byłem bliżej. Każda zasługiwała na wygraną. 

Pewnie zapytacie, co do cholery robi wpis o piłce nożnej na blogu technologicznym? Napiszę, że czasami warto zrobić sobie mały odpoczynek od głównej tematyki, choć w zasadzie w finale grali „Galacticos”, więc pewien związek można znaleźć. Pamiętam czasy legendarnego Realu Madryt, gdy na jednym boisku grali Ci najwięksi w historii piłki nożnej. Zinedine Zidane, Raul, Roberto Carlos, Luis Figo czy Iker Casillas i pamiętny finał Champions League w 2002 roku, gdy w rozgrywce o ten najcenniejszy puchar spotkali się na murawie z Bayerem Leverkusen i Michaelem Ballackiem na czele. Dwie szybkie bramki obu drużyn na początku spotkania i ten niesamowity gol z woleja genialnego Zizou. To epokowe trafienie dało nie tylko zwycięstwo Realowi, ale też cholernie zasłużony tytuł Man of the Match Francuzowi. Choć było to ponad 14 lat temu, pamiętam to jak dziś. Dla mnie był to jeden z najlepszych finałów Ligi Mistrzów, jedna z najlepszych jedenastek w historii futbolu i najlepszych goli wszechczasów.

Drużyna Atletico Madryt jest mi mniej znana, ale za to, co zrobiła w tej edycji Champions League należy jej się ogromny, piłkarski szacunek. Mieli kilka okazji na zdobycie tego największego trofeum w poprzednich latach, ale zawsze czegoś brakowało. Teraz, gdy na swojej drodze mieli Barcelonę czy Bayern Monachium i ich pokonali, w finale spotkali się z Realem, ekipą z tego samego miasta. Gdy zdobyli wyrównującą bramkę, nie powiem, ucieszyłem się, bo szalenie im się to należało. Tym samym potwierdzili powiedzenie, że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. I tak też było tym razem, bo po mocnym kotle pod swoją bramką, wyprowadzili ładną kontrę, pieczętując wszystko trafieniem Carrasco. Przez długi czas myślałem, że zwycięstwo im się po prostu należy, myślałem dosyć samolubnie, oni jeszcze nie zdobyli Pucharu Mistrzów, a Realowi te trofea już się nie mieszczą w galerii (Ligę Mistrzów wygrali już 10 razy, no 11 licząc to dzisiejsze).

Jak oceniam ten finał? Najbardziej żałuję tego, że wynik został rozstrzygnięty w rzutach karnych, czyli tak naprawdę w loterii. Lepiej byłoby, gdyby mecz zakończył się w regulaminowym czasie, no ostatecznie w dogrywce, ale po składnej akcji czy stałym fragmencie gry. Ale nie w karnym, nie w czymś gdzie owszem, liczą się umiejętności, ale swoje odgrywa też stres, nerwy i w pewnym sensie szczęście. Jak się okazało, więcej spokoju, szczęścia i pewności mieli piłkarze Realu Madryt, którzy wygrali ten finał przez błąd Juanfrana, bo jak wiadomo, nie ma obronionych karnych, a są po prostu tylko te źle strzelone. Choć zwycięskim trafieniem z jedenastki popisał się Cristiano Ronaldo, to sukces na pewno nie zależał od niego, bo miałem wrażenie, że w drugiej połowie i dogrywce Portugalczyk był trochę zagubiony. Wiem, że Atletico nie przegrało tego meczu i zwycięstwo równie mocno im się należało. Nie przegrali, bo doszli bardzo wysoko w tych rozgrywkach i mogą być z tego dumni.

Mnie cieszy jeszcze fakt, że gdzieś tam wśród piłkarzy, był Zizou, ten Zizou, który dla mnie osobiście jest ikoną tego sportu i że to właśnie on poprowadził Galácticos do wygranej na stadionie Giuseppe Meazzy w Mediolanie. Niegdyś sam walczył na boisku o ten najcenniejszy Puchar, a teraz podniósł go razem z Realem, ale już w nieco innej, trenerskiej roli. Wielki szacunek. Ja już dzisiaj wiem, że finał z tego roku będzie tak samo wspominany jak ten, który rozegrał się w 2002 w Glasgow. Dziękuję.

na zdjęciu transmisja finału Ligi Mistrzów (źrodło: TVP)