Dziwne to urządzenie jak połączenie silnika odrzutowego z hamakiem, ale stestować trzeba. Trafiło niestety na czas, w którym odbywa się remont, więc lekkiego życia nie miało. Czy Roccat Sova MK Gaming Keyboard się do czegoś nadaje? I czym właściwie jest?

Spora część graczy, szczególnie konsolowych, świeżo po przesiadce z peceta, cierpi czasem na coś co w skrócie można nazwać „Ależ mi tu myszki brakujeeeeeee!” w czasie grania. Nie ma co się chwalić znajomością gamingu, ale każdy z nas, graczy, wie, że niektórych tytułów bez klawiatury ograć się nie da. No, ale co zrobić w momencie, kiedy krzesło w zadek uwiera, monitor za mały, a kanapa tak ponętnie spogląda z salonu? Nie pozostaje nic innego, jak podłączyć się do telewizora, żeby wreszcie jak człowiek, wygodnie pograć. Nawet jeśli podłączymy sobie kompa do wypasionego zestawu TV to pozostaje delikatny niesmak. Stolik za niski, więc pograć nie ma jak, bo garb boli, kabel za krótki, a nie wyobrażam sobie, by w zestawie bezkablowym skończyła mi się bateria. W czasie rozgrywki w „tu wstaw ulubiony tytuł, już ty dobrze wiesz który”? Przecież to się ofiarami w ludziach może skończyć.

Całe szczęście Roccat wymyślił wersję czegoś, co może nam pomóc. Roccat Sova MK to idealne rozwiązanie, żeby jednocześnie mieć dość swobody do grania i komfort używania telewizora. Nie odkryli ani koła ani Ameryki, bo wcześniej był choćby Corsair Lapdog, ale zamysł świeży tak czy siak.

W czym Roccat Sova MK do nas przychodzi?

Pudełko generalnie jest. Całkiem spore i dość ciężkie, ale z racji gabarytów samego urządzenia, uniknąć się tego raczej w żaden sposób nie dało. Zdjęcia nawet na pudełku są, więc żadnego zaskoczenia nie będzie odnośnie tego jak klawiatura wygląda i jakie, według zamysłu producenta jest prawidłowe z niej korzystanie. Poza standardowymi funkcjami, jakie mają klawiatury Roccata z wyższej półki na opakowaniu jeszcze jest klasyczne „bicie piany”, w postaci chwalenia się jaka to ona zacna nie jest. Czy faktycznie, okaże się w testach, ale nie uprzedzajmy faktów.

Sposób zapakowania z wszechmiar prawidłowy, sprzęt zabezpieczony. Nauczony doświadczeniem z innych produktów Roccat, tym razem nie wyrzuciłem, z zamachem, w kąt instrukcji obsługi, bo teraz zdaję sobie sprawę jak bardzo ułatwi mi to życie. Poza klawiaturą w paczce znalazłem kabelek, z dwiema końcówkami USB i uchwyt do przewodu do myszki (użyteczniejszy niż na pierwszy rzut oka może się wydawać). Dołączona jest do opakowania też krótka instrukcja z informacjami na temat utylizacji, w razie, jakby do takowej musiało dojść. Na plus można to spokojnie policzyć, bo na środowisku oszczędzać nie należy.

Jak wygląda Roccat Sova MK?

Co by nie mówić, ale ładna to ona jest. Niemała, bo mierząca 64,6 centymetrów „kolanowiatura”, waży zaskakująco niewiele. Jak na maszynę wyposażoną w przełączniki Cherry MX Brown, to przyjemnie zaskoczyła. Zaledwie 2350 gramów, zważywszy na to, że i gabaryt jest i dodatków całkiem sporo. W ramach ciekawostki podam, że strona producenta ma dość zabawny błąd w specyfikacji sprzętowej, która to twierdzi z zapałem, że długości całość ma 3,7 cm, a grubości jedyne 28 cm, ale to akurat może zdarzyć się każdemu.

Roccat Sova MK
Roccat Sova MK

Lewa strona to klawiatura. Porządna klawiatura. Przez cały okres testów obeszło się bez choćby zająknięcia. Cherry MX Brown, o których wspominałem wcześniej, robią swoją robotę tak jak powinny. Sama klawiatura występuje w dwóch wersjach, mechanicznej (dopisek MX) i niekoniecznie (Po prostu Roccat Sova). Testować membranówki nie było mi dane, ale po pomacaniu egzemplarza, wolę pozostać przy tej, którą mam.

Lewa strona, to bardzo dobrze wykonana podkładka pod mysz, która radzi sobie ze wszystkimi rodzajami myszek, na jakich dane mi było sprawdzać. Optyczna, laserowa, klasyczna kulka – działa, nie ma co narzekać. Dodatkowo, jakby, jakimś cudem doszło do tego, że wybrudziłaby się nam niechcący, to zarówno ona, jak i znajdująca się pod spacją podkładka na nadgarstki, zdejmuje się bez zbędnych perturbacji i wcale nie boi się, że ją wyszorują wodą i mydłem. Pozostałych części nie radzę prać, ale kto bogatemu zabroni? Żeby zdemontować rzeczone komponenty, wystarczy paluchem od spodu podnieść i samo schodzi. Montaż powrotny jest prosty niczym konstrukcja cepa, a żeby jeszcze łatwiej było, to strategicznie umieszczone magnesy sprawiają, że faktycznie czasem „robi się samo”.

Diody sygnalizujące wciśnięcie takie choćby Caps Locka, umieszczone są nad klawiszami funkcyjnymi F1-F3, więc nieco nietypowo, ale swoją funkcję spełniają, więc nie ma się co czepiać na siłę. Jedno co mi nie spasowało, ale to raczej wynika z osobistych preferencji, to brak numerycznej części klawiatury. Nic strasznego, ale jednak przyzwyczajenie bierze górę, a skoro i tak samo urządzenie jest dość spore, to te kilka centymetrów nie zrobiłoby różnicy.

Jeśli chodzi o spód, to największa chyba niespodzianka. Poduszki. Tak. Cztery. Zdejmowalne i z tego co widzę, to dość proste w dopraniu do czystości. Jakkolwiek mi, mimo postępującego remontu, nie udało się uświnić ich dostatecznie, by pranie usprawiedliwić, to jednak warto docenić możliwość. Poza poduchami od spodu znajdziemy dwa porty USB oraz uchwyty przy rzeczonych portach, przez które można sobie kabelki puścić, w razie potrzeby, żeby wszystko miało ręce i nogi. Na krawędzi klawiatury jest też całkiem wygodny kanał na kabel. Wygoda i porządek przede wszystkim.

 


SPIS TREŚCI:

  1. OPAKOWANIE | WYGLĄD I WYKONANIE
  2. UŻYTKOWANIE | PODSUMOWANIE | PLUSY I MINUSY