Albo blondynów. Takich napotykam częściej, jeśli o tę konkretną grę chodzi, ale w światku aryjskim raczej ciężko o innych. Stareńki Wolf, „Bidżej” Blazkowicz w roli głównej, po raz kolejny. Sieje spustoszenie w szeregach wroga, napełniony entuzjazmem mniej więcej takim, jak ja po zobaczeniu mojej wypłaty. Czy fajne? Czy warto zagrać w Wolfenstein II: The New Colossus? Czym zaskoczy nas ten nieugięty bohater?

Ano tym, że leje pod siebie. O innych wydzielinach nie wspomnę. Fabularnie jest ciekawie, bo zaczynamy, uwaga, na wózku inwalidzkim. Tak. Nie ma lekko. Nóg nie czuje, śpiączka liczona w miesiącach, mięśni na nim tyle, co na nartach fenomenalnego Stocha. Słabo jest. A najgorsze jest to, że się przecież naziści sami nie wymordują, nie? I co zrobić? Zagryźć to, co z zębów zostało i do przodu. Innego kierunku nie ma.

Trochę o fabule

O tym, że przed rozpoczęciem rozgrywki, warto poznać poprzednika, The New Order, nie muszę nikomu mówić. Szczerze, to ciężko pisze się cokolwiek na temat sequeli. Się człowiek stara, żeby być obiektywnym, twórczym i elokwentnym, ale przed zdaniem „to kontynuacja poprzedniej części” uciec się nie da. Tak jest i w tym przypadku. Tak. Wolfenstein II: The New Colossus to kontynuacja poprzedniej części. Powiedziałem to, miejmy z głowy. Czy ma to jakieś znaczenie? W tym wypadku całkiem spore, bo spora część bohaterów z poprzedniej gry wraca, na krócej, na dłużej, zależy, więc wypadałoby wiedzieć z kim w ogóle mamy do czynienia. Nie jest to oczywiście warunek „nie do olania”, bo jak się w poprzednika nie grało, to się świat nie zawali.

Wolfenstein II: The New Colossus / fot. Galaktyczny

A w grze, niestety, się zawalił. Żeby nie zdradzić z fabuły za wiele – mamy do czynienia z alternatywną wersją historii, gdzie „naziole”, pod wodzą, bo przecież muszą wodza mieć, wymacali, że można Zjednoczonym Stanom zrobić krzywdę za pomocą energii jądrowej. Zanim się USA rzuciło na Hiroszimę, to się Rzesza rzuciła na Nowy Jork. Skutecznie. Nawet jeden z poziomów w grze to Manhattan, a w zasadzie to, co z niego zostało. Ogólnie nie jest wesoło. Całość dzieje się w kilku lokalizacjach, mocno zgermanizowanych Stanów.

No to jak do końca jest z tą fabułą? Mocno. Smutno. Strasznie nierówno. Z jednej strony autorzy doskonale oddali nastrój totalnej beznadziei, jaka otacza naszych bohaterów, a z drugiej, mechanicznie już, jest tyle wracania się, że aż szkoda gadać. W kółko to samo. Nasz bohater cały czas gada do siebie w sposób, który sprawia, że sam miałem ochotę w jakąś przepaść skoczyć. Chociaż, po tym co przeszedł, to wcale dziwne nie jest. Niepodobne to trochę do pyskatego i nigdy nie poddającego się bohatera z wcześniejszych części, ale jak to mówią – wojna zmienia.

To co w fabule mi się na pewno nie podobało, to wspomnienia BJ’a związane z jego matką i ojcem. Same te sekwencje sprawiały, że musiałem grę pauzować, bo waliło po psychice strasznie. Zdecydowanie Wolfenstein II zapracował na oznaczenie, jakie PEGI mu dało.

Tyle dobrego, że jest z czego i do kogo postrzelać. BJ na samym początku gry zostaje radośnie wybebeszony. Po co? Zapewne po to, by nie był przekozakiem, bo z takim oficjalnym statusem zakończył The New Order. Po miesiącach w śpiączce/wyłączeniu z akcji (niepotrzebne skreślić), wraca, do mordowania wrażych ryżych. I blondynów, żeby nie było. Rozdaje hojną lufą prezenty na prawo i lewo, zatem co do radości związanej ze skracaniem żywota tym wredniejszym, to wątpliwości żadnych nie ma. Jak się gra kończy, to rzecz jasna nie zdradzę, ale mogę powiedzieć dwie rzeczy. Przejście całości, z uwzględnieniem szalenie niesprawiedliwego wracania się po coraz to nowe rzeczy, zajmuje nieco ponad 8 godzin. Jak sobie poziom trudności podkręcimy, to może 12-13 godzin, ale więcej nie wyciśniemy. Nawet misje Enigma, które są ewidentnie poboczne i w ogóle niepotrzebne, by się z gry cieszyć, nie wydłużają zabawy jakoś mocno. Niektóre z nich, a trzeba powiedzieć, że wszystkie mają ten sam cel – zamordować Oberkommando i jego pomagierów – można przejść w kilka minut i to bez większego pocenia się. Druga rzecz to fakt, że ewidentnie „szczują” kolejną część.

Wolfenstein II: The New Colossus / fot. Galaktyczny

A jak to i na czym u mnie chodziło? 

Jeśli chodzi o bardziej techniczną stronę całego przedsięwzięcia, to nie ma się za bardzo czego czepiać. W wersji pecetowej, bo taka była poddana testom, samych ustawień graficznych jest półtora wiadra. Silnik gry również jest mocno wybaczający i można ten tytuł odpalić nawet na sprzęcie, który nie powinien go dźwignąć. Bardzo przyjemna niespodzianka, szczególnie dla posiadaczy nieco słabszych konfiguracji. W ustawieniach dźwięku znalazłem jeden babol, który mi mocno przeszkadzał. Nie da się zmienić głośności samych efektów dźwiękowych. A szkoda, bo zarówno głośność dialogów, jak i muzyki ma swój suwaczek. Niby bzdura, ale fajnie by było mieć opcję.

Nawet wersja „steamowa” nie ustrzegła się pewnych niedoróbek. Zdarza się, że w momencie wyjścia z poziomu gra potrafi się okrutnie zawiesić. A to do pulpitu wywali, a to zatnie się jak początkujący fryzjer. Niby najbardziej upatchowana wersja, a tu takie krzaczki. Nic z czym nie można żyć, ale wspomnieć nie zawadzi.

Z technicznych rzeczy muszę też napisać o systemie dzierżenia dwóch broni naraz. Dual wield z angielska, albo akimbo dla tych, co stare czasy pamiętają. W skrócie – strasznie to skomplikowane i wymaga stanowczo za wiele kliknięć. Okazało się, że w całej grze używałem tego zaledwie kilka razy. Zamiast gradu pocisków jakoś bardziej odpowiadało mi precyzyjne umieszczenie kulki w oku nazisty. Jakoś tak samo.

Jaki jest Wolfenstein II? 

Czy ten tytuł mogę polecić? Zdecydowanie, ale… Nie każdemu i nie zawsze. Jak ktoś przechodził poprzednią część i nie może spać po nocach, bo nie wie co się dalej z bohaterami stało, to mur beton trzeba. Jak ktoś niespecjalnie serię lubi, a chce pograć – jak najbardziej. Jednakowoż, gra niedomaga w wielu miejscach, dlatego radzę poczekać na jakąś wyprzedaż. Już minęło trochę od premiery, więc cena spadła dość istotnie (w dniu publikacji tej recenzji grę można było kupić za 79 złotych). Tytuł warty grzechu, szczególnie, jak już trafi się w dobrej cenie.

moglismy-grac-dzieki-kinguin

Plusy:

plus-iconMechanicznie taka jak trzeba
plus-iconMożna się skradać, ale nie jest to wymagane
plus-iconBardzo przyjemna rozwałka, zawsze jest czym dokopać nazistom
plus-iconStrasznie odjechana historia
plus-iconSporo humoru
plus-iconRozsądna jeśli chodzi o wymogi sprzętowe

Minusy:

minus-iconStrasznie odjechana historia (tak, tutaj też)
minus-iconLubi się powiesić między poziomami
minus-iconBARDZO ciężkie momenty w grze, nie dla młodych
minus-iconNastrój gry przygnębia bardziej niż bawi. Szkoda
minus-iconSporo wracania się do poprzednich lokacji
minus-iconStrasznie bury Manhattan