parrot-mambo-fpv-recenzja

Parrot Mambo FPV, czyli świetna zabawka dla dużych chłopców

Muszę Wam powiedzieć, że jakoś ominął mnie ten bum na drony i pewnie dlatego do tytułowego Parrota z początku podchodziłem ze sporym dystansem. Wiecie, nie było takiej euforii jak podczas rozpakowywania paczki, którą za małego znalazło się pod choinką. Teraz, gdy już zapoznałem się ze sprzętem mogę stwierdzić jedno – cholera, czemu nie dobrałem się do tego drona wcześniej? Parrot Mambo FPV jest nietypową zabawką dającą dużo frajdy, a tutaj przeczytacie moją opinię dlaczego tak właśnie jest.

Według mojego osobistego podziału, który przed chwilą wymyśliłem, drony można podzielić na trzy grupy. W pierwszej z nich znajdują się drony-zabawki w stylu „kupię dziecku, a jak się rozwali to trudno”, czyli typowy latający kawałek plastiku ze śmiegiełkami, który można zmieścić na dłoni i który kosztuje nie więcej niż stówkę. Druga kategoria to drony dla tak zwanych większych dzieci, które już wiedzą, że takie urządzenie nie służy tylko do rozbijania się po ścianach. Załóżmy, że na takie cacko co już coś potrafi i jest większe od standardowego talerza trzeba przeznaczyć kilkaset złotych. Trzecia grupa to drony profesjonalne, na których, krótko mówiąc, można już coś zarobić i które nagrywają te wszystkie filmy z pięknymi widokami do internetów.

Jak to jest z tym dronem? 

Parrot Mambo FPV idealnie wpasowuje się do środkowej grupy. Można przyjąć, że jest średniej wielkości i spokojnie mieści się na dłoni. Na pierwszy rzut oka nie wygląda jak coś trwałego, bo obudowa w kilku miejscach jest wykonana z materiału, który tu i ówdzie się ugina, ale według mnie jest to specjalnie tak zrobione, by przy ewentualnym kontakcie ze ścianą czy drzewem wyszedł z tego cało. Przeważa tworzywo sztuczne, wszystko jest w miarę dobrze spasowane. Obudowa od góry jest biała, a od spodu czarna i nie wiem czy jest to celowe zagranie, ale w sumie jasny kolor lepiej odbija światło, więc, przynajmniej w teorii, obudowa nie powinna się mocno nagrzewać, gdy będziemy latać dronem w słoneczny dzień. Są cztery śmigła z osłonami od zewnętrznej strony, co sprawia, że przy ewentualnym kontakcie z przeszkodą jest duża szansa, że ich nie połamiemy.

W konstrukcji Parrota nie rozumiem tylko jednej rzeczy i jest nią mocowanie kamery. Kamera to tak naprawdę osobny moduł, który doczepia się u góry na cztery piny, takie trochę wiecie, dronowe klocki lego. O jakości nagrania napisałem nieco niżej, ale nie uważam, że taki sposób przypięcia jest dobrym rozwiązaniem. Kamera siedzi na swoim miejscu całkiem dobrze, ale naprawdę nie trzeba dużej siły żeby odczepić ją od drona. Mnie podczas testów wyleciała tylko raz, gdy najpierw grzmotnąłem dronem o ścianę, a spadając, odbił się jeszcze od lampy i biurka. Nic poważnego się nie stało, ale „wylądował” w dwóch częściach, kamerki i całej reszty. Był to jednorazowy przypadek, ale co w sytuacji, gdy będziemy latać na świeżym powietrzu, a dron przez przypadek uderzy w jakąś przeszkodę, będąc jakieś kilkadziesiąt metrów od nas? Może być nieprzyjemnie, tym bardziej, że maksymalny zasięg to 100 metrów z wykorzystaniem kontrolera Parrot Flypad, a dron może latać z prędkością do 30 km/h. W module kamery jest slot na kartę pamięci w standardzie microSD.

Z przodu nie trudno zauważyć dwie diody, które sygnalizują stan pracy drona (np. status baterii, połączenie z kontrolerem), ale z kolei trochę mi zajęło zanim natknąłem się na przycisk zasilania. Ten jest ulokowany na spodzie, ale jest bardzo mały i trochę „zlewa” się z obudową.

Podoba mi się natomiast sposób wkładania i wyjmowania baterii, bo jest bardzo szybki, więc jesteśmy w stanie wymienić baterię dosłownie w kilka sekund. Ma to ogromne znaczenie przy czasie lotu nieprzekraczającym 10 minut – mnie udało się polatać około 7 minut na jednym akumulatorze. Ja w pudełku miałem dwie sztuki, ale jak dobrze kojarzę, w zestawie sprzedażowym bateria jest tylko jedna. Taki akumulator można oczywiście dokupić, ale cena na poziomie 120 złotych sprawia, że nad decyzją o zakupie zastanawiamy się dwa razy.

Zapinamy pasy i lecimy!

W mojej przygodzie z dronami, modele, którymi się bawiłem można wymienić na palcach jednej ręki, ale muszę przyznać, że Parrotem Mambo FPV latało mi się najlepiej. Zawsze jest ta obawa, że go nie utrzymamy, że delikatne poruszenie gałką kontrolera sprawi, że zaraz będziemy zbierać drona z podłogi. Tutaj tak nie jest. Wystarczy jeden przycisk na kontrolerze (ten na środku z napisem Parrot, który podświetla się na zielono), a dron startuje i trzyma swoją pozycję w powietrzu niczym prezydent swój stołek w Kielcach. Dron zachowuje się bardzo stabilnie, odpowiednio reaguje na każdy nasz ruch, robi to co my chcemy. Po prostu nas się „słucha”. Wiadomo, że to pewnego rodzaju standard w droższych dronach, ale przypomnę, że tego kupimy jeszcze za trzycyfrową kwotę.

Dronem możemy sterować na dwa sposoby – dołączonym do zestawu kontrolerem lub smartfonem z zainstalowaną aplikacją. Ja przyznam się szczerze, że aplikacji użyłem może z dwa razy, bo znacznie wygodniej lata się z FlyPad’em (co raczej nikogo nie powinno zdziwić). Aplikacja ma też swoje plusy, bo widzimy w niej chociażby procentowy stan baterii, ale jest też niezbędna jeżeli chcemy przerzucić obraz z kamerki do gogli VR. Potem smartfon wrzucamy do gogli i można by pomyśleć, że wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa. No właśnie nie, szczerze powiedziawszy wystarczyła jedna sesja z perspektywy pierwszej osoby żebym poczuł się nieswojo, trochę znużony i skołowany. Niewykluczone, że to indywidualna reakcja organizmu i inni nie będą mieć takich problemów, ale w moim przypadku gogle niemal cały test przeleżały w pudełku.

Jeżeli chodzi o jakość nagrania czy streamingu do smartfona to kamera robi to w rozdzielczości HD i 30 klatkach na sekundę. Krótko mówiąc, jakość jest zadowalająca, chociaż nikt raczej nie będzie piał z zachwytu. Obraz jest w miarę płynny, ale czasami zdarzy się, że coś „zakrzaczy” i przesyłany z minimalnym, ale nieprzeszkadzającym opóźnieniem. Osobiście, w przyszłej wersji drona nie poszedłbym w Full HD, a lepszy sensor, który lepiej poradzi sobie chociażby z odwzorowaniem kolorów.

Parrot Mambo sprawdza się zarówno podczas lotów w pomieszczeniach i na zewnątrz, choć mam wrażenie, że to właśnie pod te pierwsze został stworzony. Wielka hala, kilka osób z tymi dronami, może jakiś powietrzny tor i wyścigi. Niestety próbowałem polatać trochę na dworze (na polu, jeżeli ktoś to czyta i jest z Krakowa), ale wystarczy trochę mocniejszy wiatr i robi się nieciekawie. Latać oczywiście można, ale trzeba się mocno skupić i stale kontrolować/korygować zachowanie drona. Dron z kamerą waży trochę ponad 70 gramów.

W tym dronie nie podobają mi się tylko dwie kwestie, jeżeli wezmę pod uwagę latanie. Po pierwsze, Parrot Mambo potrafi nieźle nahałasować, szczególnie, gdy uruchomimy go przypadkowo w 12-metrowym pokoju, zapominając o tym, że inni domownicy mogą już spać. Po drugie, podczas nagrywania materiału śmigła i osłony z przodu są widoczne w kadrze kamery, więc takie nagranie nie nadaje się do tego, by później pochwalić się znajomym jakie widoczki udało nam się zarejestrować na ostatnich wakacjach w Międzyzdrojach. O ile pierwszy problem z decybelami nie ma wytłumaczenia, to ten drugi już ma. Parrot Mambo FPV to dron wyścigowy, nie do filmików, a głównie do rozrywki. Widoczne śmigła w kadrze pomagają użytkownikowi ogarnąć sytuację i określić czy np. zmieści się między przeszkodami.

Parrot Mambo FPV – czy warto? 

Czytając moją opinię na temat tego drona możecie mieć wrażenie, że kilku rzeczy mocno się uczepiłem, że w każdym elemencie znalazłem jakiś minus i ogólnie to w podsumowaniu napiszę tylko tyle, że nie polecam. A wręcz przeciwnie. Owszem, jakość wideo podczas nagrywania i transmitowania mogłaby być lepsza, czas lotu dłuższy, a śmigła „schowane” poza kadrem. Ale na niektóre te minusy jesteśmy w stanie machnąć ręką, jeżeli uświadomimy sobie do czego ten dron ma być wykorzystywany, jakie jest jego główne zadanie i ile frajdy daje, gdy nim latamy. Krótko, bo krótko, ale zawsze można dokupić kilka baterii na chińskich portalach, co poniekąd rozwiązuje ten problem.

Gdybym miał kupić pierwszego drona dla siebie, ale przede wszystkim pod kątem zabawy albo sprezentować komuś solidny „droniarski” zestaw na jakąś, zbliżającą się okazję (choćby komunię) to Parrot Mambo FPV sprawdziłby się idealnie. Dron dla tych, którzy potrzebują nowoczesnej zabawki, dającej dużo frajdy, a nie tych, którym najbardziej zależy na filmach i pięknych widoczkach. Dron może okazać się też dobrym modelem szkoleniowym, bo ma świetną stabilizację lotu i jest łatwy do sterowania.

Parrot Mambo FPV w chwili publikacji tej recenzji kosztował 599 złotych, ale aktualną cenę możecie znaleźć tutaj.

Plusy:

plus-iconDron dający dużo zabawy!
plus-iconDobre, przemyślane wykonanie, osłony na śmigła
plus-iconBardzo łatwe sterowanie, dron idealny do nauki
plus-iconAutomatyczny start i świetna kontrola wysokości lotu
plus-iconBogaty zestaw sprzedażowy (gogle VR, kontroler)
plus-iconAtrakcyjny stosunek ceny do tego co oferuje

Minusy:

minus-iconŚmigła widoczne w kadrze
minus-iconMocowanie kamery do przemyślenia
minus-iconCzas lotu mógłby być dłuższy
minus-iconNiska jakość podglądu i nagrywania
minus-iconW zestawie mogłaby być druga bateria

 

Słowa kluczowe

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Biznes-Host

Wszelkie prawa zastrzeżone - galaktyczny.pl