Dwudziestego dziewiątego czerwca, godzina dziesiąta rano – oto nastaje z dawna wyczekiwany moment kiedy najnowszy tablet ze stajni Xiaomi – Mi Pad 4 trafia do sklepów. Tablet, raptem kilka dni temu został oficjalnie zaprezentowany, o czym tutaj pisaliśmy, a teraz wszedł do sprzedaży w Chinach. Zatem, tak na szybko – co sobą reprezentuje?

W porównaniu do flagowców producenta stoisko z tabletem było dość słabo wyeksponowane – ot jakoś udało im się go wcisnąć pomiędzy zestaw do VR oraz akcesoria komputerowe. Mi-Ósemkom oddano do dyspozycji osobny stolik, na którym można było trochę poobcować z dokładnie ośmioma flagowcami (no dobra – pięcioma, bo trzy to były wersje SE).

Zanim zabierzemy się do macanka pozwolę przypomnieć najważniejsze elementy specyfikacji:

  • Snapdragon 660
  • 3/4 GB RAM
  • 32/64 GB pamięci na dane
  • bateria 6000 mAh
  • ekran IPS 8″ (16:10)

Na papierze prezentuje się to bardzo zacnie, szczególnie – jak to u Xiaomi – jeśli przyrównamy zawartość obudowy do ceny tabletu: 1099 CNY za wersję 3/32 GB, 1399 za 4/64 GB oraz 1499 za model z LTE (jeszcze niedostępny w sprzedaży, obsługa nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie o konkretny termin). Przekładając to na złotówki, ale z zastrzeżeniem, że cena nie zawiera podatku i kosztów wysyłki, jest to odpowiednio około: 625 złotych, 790 złotych i 850 złotych.

Dobra, słowo wstępu za nami, bierzemy się za zdjęcia

Ekran ma osiem cali, ale ze względu na wąskie ramki i proporcje 16:10 sam tablet wydaje się bardzo poręczny. Sam jestem umiarkowanie szczęśliwym posiadaczem ośmiocalowca z proporcjami ekranu 16:9 od Asusa i przyznaję, że czuć różnicę w rozmiarze. Sprawdzi się to przy filmach i w podróży, ale ucierpi wygoda przyglądania stron www. Coś za coś.

Kupując sprzęt ze Snapem od Xiaomi mamy praktycznie 100% pewności, że dostaniemy długotrwałe wsparcie producenta, a także możliwość wykonania roota i wgrania tak zwanego custom roma. To dla mnie jedna z największych zalet tego sprzętu w porównaniu do konkurencji (na ciebie patrzę Huawei).

Matowe aluminium – najlepsze co może trafić na plecki tabletu, wytrzymałe, lekkie, wolno się brudzi. Nie to co konkurencja (na ciebie patrzę Samsung).

Co do tylnej kamerki to niech tam sobie będzie, czasem przyda się w jakiejś aplikacji AR albo w celu zeskanowania kodu QR. Niby ma 13MP ale specjalnie dobrej jakości bym nie oczekiwał.

Mini jack 3,5 mm jest na górnej krawędzi, z dala od portu USB type C, co mi akurat pasuje. Malkontentom powiem tak: cieszcie się, że złącze słuchawkowe w ogóle trafiło do tego tabletu, bo w obecnych czasach to wcale nie było takie oczywiste (tak, znowu na ciebie patrzę Huawei).

Podobają mi się zaokrąglone rogi w ekranie, dobrze to wygląda – nowocześnie tak. To wraz z gestami pełnoekranowymi oraz odblokowywaniem urządzenia wizerunkiem naszej twarzy stanowi najważniejsze bajery, tzw. „killer-ficzery” tabletu Mi Pad 4.

A na koniec niespodzianka!

Podobno nowa dachówka Xiaomi nie ma slotu microSD, a tu się jednak okazuje, że jakaś szufladka tam jest. Na początku pomyślałem, że to model LTE, ale tablet ma tylko 3 GB RAM (LTE jest tylko w wersji z 4GB), więc nie zgadzałoby się to ze specyfikacją. Zatem albo zostaniemy mile zaskoczeni, albo miałem do czynienia z jakimś nietypowym modelem deweloperskim.

PS. Przy okazji podziwiania tabletu Mi Pad 4 miałem również szansę pobawić się równie świeżym Redmi 6 Pro, ale o tym w kolejnym odcinku.