Wygląda na to, że po wizerunkowej klapie z Lenovo Z5, firma wyciągnęła wnioski i w listopadzie 2018 roku pokazała smartfon godny najlepszego flagowca – mocne podzespoły, świetny ekran i rozsuwana obudowa. Myślałem, że wojna na cyferki już się skończyła, do czasu aż zobaczyłem Lenovo Z5 Pro w ulepszonej wersji. Mamy Snapdragona 855, co jest na plus, ale że… 12 GB RAM?!

W stacjonarce mam 8 GB RAM, w mobilnym Surfejsie, którego niemal zawsze zabieram ze sobą podobnie. Wiem, że zestawienie pamięci operacyjnej w komputerach do tego co mamy w smartfonach to trochę tak jak porównać Berlingo do Sokoła Millenium, ale ludzie i tak patrzą na cyferki. Ciągle jest przekonanie, że im więcej tym lepiej.

W ulepszonej wersji Lenovo Z5 Pro (która swoją drogą nazywa się Z5 Pro GT) mamy nie tylko rekordową ilość pamięci RAM (przypomnę, 12 GB RAM LPDDR4X), ale też najnowszy procesor od Qualcomma – Snapdragon 855. Rdzenie mogą się „kręcić” maksymalnie do 2,84 GHz, a według suchych danych, układ zapewnia ogólnie o 45% wyższą wydajność i do 20% lepsze przetwarzanie grafiki w porównaniu do poprzedniej generacji. Do tego dochodzi jeszcze wsparcie biblioteki graficznej Vulcan 1.1 i platforma Elite Gaming.

Lenovo Z5 Pro GT
Lenovo Z5 Pro GT / fot. Lenovo

Oprócz zmian „pod maską”, ulepszony Z5 Pro ma mieć karbonową obudowę, co zresztą widać na grafikach. I to właśnie przez to trochę przypomina mi OnePlus 6 w edycji Avengers. Jest też 6,39-calowy wyświetlacz AMOLED FullHD+, dwa porządne aparaty z tyłu (sądząc po zastosowanych sensorach), Android 9.0 Pie, czytnik biometryczny w wyświetlaczu, ale w tym wszystkim, taką typową achillesową piętą może okazać się bateria. Ta ma 3350 mAh i przy takich podzespołach tylko szybkie ładowanie ją ratuje.

Lenovo Z5 Pro GT zapowiada się dobrze, ma wszystko to co standardowa wersja i jeszcze więcej, ale hmm 12 GB RAM to przerost formy nad treścią, pogoń za cyferkami i próba pokazania, że „się da”.

Lenovo Z5 Pro GT
Lenovo Z5 Pro GT / fot. Lenovo

Nie bez powodu piszę o tym dzisiaj, bo dokładnie 1 stycznia 2019 roku rozpocznie się przedsprzedaż opisywanego wyżej smartfonu, a pierwsze egzemplarze mogą trafić do użytkowników już pod koniec stycznia. Póki co nie ma co patrzeć na cenę, bo z pewnością „dla Europy” będzie wyższa niż deklarowane w dniu premiery niecałe 640 dolarów.

Mimo wszystko z chęcią bym sprawdził ten model, bo to pierwszy (albo jeden z pierwszych?) z najnowszym Snapdragonem.