Kiedy w ostatnim kwartale ubiegłego roku pojawiło się więcej szczegółów o głośniku Tronsmart Element T6 Max, to napisałem od razu, że tego modelu nie miałem jeszcze w testach, ale szybko może się to zmienić. Skoro mamy już luty, to może nie było to aż tak szybko, ale i tak jesteśmy chyba jedną z pierwszych redakcji, do której dotarł tytułowy głośnik. Obejrzałem go z każdej strony, przepuściłem przez niego sporo mojej ulubionej muzyki (podcastów też) i sprawdziłem co potrafi. Wobec tego, co potrafi?

Trochę już tego sprzętu od Tronsmarta przewinęło się przez moje ręce i nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o głośniku Element T6, o którym co nieco zdążyłem już napisać w jego recenzji. Pomimo tego, że recenzja pojawiła się prawie rok temu, to techniczne głośnik w ogóle się nie postarzał i nadal „daje rade”. Są jeszcze słuchawki Spunky Beat do sprawdzenia, o których mówi się, że są to jedne z lepszych bezprzewodówek w okolicy 100 złotych. Sprawdzę, ale tymczasem – T6 Max.

Tronsmart Element T6 Max to rzeczywiście kawał głośnika i nie ma w tych słowach żadnej przesady. W przeciwieństwie do zwykłego modelu Element T6 czy wersji mini, Max z pewnością nie jest głośnikiem mobilnym, którego zawsze i wszędzie możemy ze sobą zabrać. Co najwyżej z pokoju do kuchni. Waży prawie 2 kilogramy, jest ciężki, ale to dobrze. Nie wsadzimy go do plecaka i nie zabierzemy na wycieczkę, żaden sebiks nie zabierze go do zbiorkomu, ale jak już postawimy w jednym miejscu w mieszkaniu to nic go nie ruszy. Nie tylko ze względu na wagę, ale też gumową podkładkę na spodzie.

Nie mogę narzekać na jakość wykonania, bo jest naprawdę świetnie. Mniej więcej do jednej trzeciej wysokości mamy „dziurkowane” aluminium, a niżej obudowa została pokryta czarnym, płóciennym materiałem, zasłaniającym maskownicę głośników. Dobrze się to ze sobą komponuje, a całość daje wrażenie solidności i pewności. Nie mniej, można mieć przypuszczenia, że delikatną inspiracją dla Tronsmarta był głośnik HomePod od Apple. Przynajmniej jeśli chodzi o jego zbliżony kształt i błyszczący panel kontrolny na górze. T6 Max jest jednak od niego trochę wyższy i jakieś… cztery razy tańszy.

Tronsmart Element T6 Max
Tronsmart Element T6 Max

W zasadzie w kwestii wykonania głośnika przeszkadzają mi tylko dwie rzeczy z czego jedna wynika bardziej z moich upodobań aniżeli rzeczywiście czegoś co istotnie wpływa na jego działanie. Po pierwsze, zaślepka zakrywająca porty z tyłu. Akurat w moim egzemplarzu nie do końca dobrze trzymała się na swoim miejscu przez co nawet zwykłe podniesienie głośnika powodowało, że wypadała. W sumie pierdoła, bo ze względu na raczej stacjonarny charakter głośnika nie będzie do tego często dochodziło, ale wypada wspomnieć. Druga kwestia, czyli to co kompletnie nie przeszkadza w funkcjonowaniu głośnika, ale jakoś mnie osobiście drażni, to logo producenta, które po prostu mogłoby być mniejsze. Albo w innym miejscu.

Niemal całe sterowanie głośnikiem ulokowano na górze. Na dole i pod wspomnianą wyżej zaślepką jest jeszcze przycisk zasilający, który trzeba przytrzymać, by głośnik „zagadał”. Co ciekawe, można to też zrobić tak jakby przez zaślepkę, przyciskając ją w odpowiednim miejscu. Wszystkie przyciski na wierzchu głośnika są dotykowe, więc widać tutaj, że producentowi bardziej zależało na prostym, niczym nie zakłóconym designie niż praktyczności. Nie zrozumcie mnie źle. Jak na „dotykowce” to te przyciski działają całkiem dobrze, ale ze względu na wręcz wrodzoną niechęć do takich rozwiązań we wszelkiej maści sprzętu audio, wolałbym jednak fizyczne. To trochę tak jak z prędkościomierzami w nowych samochodach – nawet tak gdzie zawsze powinny być ładne, analogowe wskazówki ładują wielkie ekrany. Chcę by to działało „zerojedynkowo” i chcę wiedzieć, że rzeczywiście przycisnąłem co trzeba. Tutaj zdarzyło się pacnąć kilka razy w to samo zanim zatrybiło, tym bardziej, że po krótkim czasie bezczynności, podświetlanie przycisków gaśnie.

Tronsmart Element T6 Max
Tronsmart Element T6 Max

Przy takiej błyszczącej powierzchni nie trudno o zabrudzenia, a jeśli takie się pojawią, to normalną rzeczą jest to, że trzeba je kiedyś wytrzeć. Z kolei podczas czyszczenia mogą pojawić się drobne zarysowania i tak koło się zamyka. Na górze nie ma szkła, tylko tworzywo sztuczne, dobrej jakości. Jak na razie nie widzę żadnych niepokojących śladów, ale jak to będzie wyglądać po dwóch miesiącach czy sześciu to ciężko jest sprawdzić.

I tak, na górnym panelu mamy wszystko co do sterowania jest nam potrzebne. Aktywujemy połączenie przez Bluetooth (co ważne, w wersji 5.0), przełączymy się między trybami wbudowanego equalizera (o tym nieco niżej), zemniemy głośność i przełączymy się między utworami (trzeba dłużej przytrzymać minus lub plus) i uruchomimy asystenta głosowego. Jest tam też tag NFC, więc wystarczy przyłożyć smartfon żeby błyskawicznie sparować go z głośnikiem.

Tak jakby, jest za dużo basu w basie.

Tronsmart Element T6 Max ma maksymalnie 60 W, a nad odtwarzaniem dźwięku czuwa autorska technologia SoundPulse. To sporo, nawet jak na głośnik o takich gabarytach. W środku mamy aż cztery głośniki wysokotonowe i jeden niskotonowy. Wszystkie są tak ułożone, by zapewniać dźwięk przestrzenny. Tyle czysto technicznych rzeczy. Jak to działa w rzeczywistości?

Zacznę od tego, że T6 Max ma wbudowany equalizer i trzy tryby działania: Balanced, 3D i Mega Bass. Według tego, co napisali w instrukcji, głośnik zawsze włącza się w trybie zbalansowanym, czyli tym pierwszym. Między trybami przełączamy się przez dłuższe przytrzymanie palca na środkowym przycisku. Wtedy też muzyka na około 2 sekundy się zatrzymuje. Według mnie to w trybie 3D głośnik gra najlepiej. Przede wszystkim dźwięk zyskuje na przestronności i jest bardziej zrównoważony, a przez zminimalizowanie niskich tonów w zasadzie wszystkiego słucha się przyjemniej. Mega Bass to coś dla tych, którzy lubią „dudnienie”, bo inaczej tego określić się nie da. W niektórych utworach niskie tony wręcz przeszkadzają, są płytkie i zbyt mocne. To trochę tak jakby ktoś w mieszkaniu obok walił młotkiem w ścianę. I za każdym razem trafiał w to samo miejsce. Ogólnie po przesłuchaniu kilkudziesięciu utworów mam wrażenie, że bas w każdym z trzech trybów jest zbyt obecny i spokojnie mogłoby być go mniej. Przeważnie słuchałem na połowie głośności i to już było na wystarczającym poziomie. Nawet w trakcie pisania tej recenzji puściłem sobie soundtrack z Wiedźmina, tak na jednej kropce, żeby tylko coś leciało w tle.

Tronsmart Element T6 Max
Tronsmart Element T6 Max

Na pewno jedną z ciekawszych funkcji jest połączenie dwóch głośników Element T6 Max w jeden system stereo. Robi się to w zasadzie dwoma kliknięciami. Ja niestety nie miałem jak tego przetestować, bo na testy przyjechała jedna sztuka, ale jak kiedyś pojawi się druga to z chęcią sprawdzę. Wydaje się to fajnym rozwiązaniem, szczególnie gdy coś takiego podłączymy do TV.

Głośnik zawdzięcza swoją wagę wbudowanemu akumulatorowi. W T6 Max mamy aż 12000 mAh, co według danych technicznych zapewnia działanie przez około 20 godzin na połowie głośności. U mnie głośnik działał przez prawie cały dzień, na pewno „naście” godzin i gdzieś na 1/4 głośności. Nie zauważyłem, by w jakikolwiek sposób „krzyczał”, że mu brakuje prądu czy jest na wyczerpaniu. Ładujemy go przez USB-C, a przynajmniej ja tak próbowałem. Co prawda obok tego portu jest jeszcze DC (24 V / 0.65 A), ale w zestawie nie ma zasilacza. I w sumie dobrze, bo większość rzeczy i tak ładuję już przez USB typu C. Sprawa się trochę tylko komplikuje, gdy chcemy podłączyć głośnik na stałe do prądu i gniazda. Wtedy dedykowany zasilacz by się przydał.

Tronsmart Element T6 Max to kaaaaawaaaał dobrego głośnika.

Jakby tak się dłużej zastanowić, to ciężko jest w tym głośniku znaleźć szczególnie drażniące wady czy jakieś kardynalne niedociągnięcia. Jestem się nawet w stanie założyć, że problem z wypadającą zatyczką portów dotyczy tylko mojego egzemplarza, a na przyduże logo większość osób nie będzie zwracało uwagi. Zasilacza nie ma, ale i tak można go ładować przez USB-C. Długo, bo długo, ale można. W zestawie znalazło się nawet ochronne, „workowe” etui, ale patrząc na to, że ten głośnik i tak większość czasu będzie pewnie stał w jednym miejscu, to można je wykorzystać do przechowania innych urządzeń.

Gra całkiem dobrze, mocy też ma wystarczająco dużo, a nawet napisałbym, że zbyt dużo. Dla mnie gra w porządku, choć przeszkadza mi to, że tego basu jednak mogłoby być trochę mniej. choć zakładam, że znajdą się i tacy, którym będzie to odpowiadać. Jest dobrze i porządnie skonstruowany.

Ile kosztuje? Można go spokojnie kupić mieszcząc się w 400 złotych. I to w Polsce i z gwarancją. Znajdziemy go w Geekbuying, czyli w sklepie, który udostępnił nam testową sztukę do sprawdzenia.