Nvidia ostatnimi czasy nałapała punktów. Bardzo. W przeciwieństwie do innych, niekoniecznie działających jak należy platform streamingowych, okazuje się być na tyle przyjazna konsumentom, że stało się nieuniknione. Finansowe kukle, walutowe czułki, czy jak tam chcecie nazwać te końcówki monetyzacji, zaczęły swędzieć. A jak to swędzi, to wiedz, że coś się dzieje. Z GeForce Now się dzieje.

Ale od początku.

Czym się taki GeForce Now różni od takiej Stadii na ten przykład? A nie znacząco, bo zaledwie dwoma szczegółami. Po pierwsze, nie wymaga od klienta ponownego zakupu tego samego tytułu, bo tak, a po drugie działa. Ja wiem, że opisywanie problemu nie powinno się zaczynać od obracania Googla ogonem, ale inaczej się nie da.

Model sprzedaży, jaki wprowadziła Bethesda w przypadku The Elder Scrolls V Skyrim, wymagający zakupu siedemnastu wersji tej samej gry, na każdą z wielu platform, na które został wydany sprawił, że inni producenci gier do dziś kombinują jak ten sukces marketingowy powtórzyć. Jednym ze sposobów jest właśnie to co wyżej. Ożenić, niczego się nie spodziewającemu graczowi, Ultra Turbo Wypas Deluxe Version swojej flagowej produkcji, na Nintendo Switch Lite, bo z normalnym Switchem nie działa, w ramach zupełnie przypadkowego braku kompatybilności. Stadia jest jednym ze sposobów. Nie tylko całą swoją bibliotekę gier, żeby w ogóle dało się grać, należy kupić jeszcze raz (najczęściej w cenie wyższej niż do tej pory), to jeszcze abonament, w kwocie konkretnej trzeba wybulić. Fajnie. Szkoda, że nie dla konsumenta.

Google Stadia
Google Stadia / fot. Wikipedia

Pomijając fakt, że Stadia zwyczajnie na naszych łączach internetowych nie działa zadowalająco, to raczej nie ma zaskoczenia, dlaczego nie słyszymy o niej za wiele. A nie, czekaj. Kilka dni temu wyszła informacja, że Stadia ma się tak źle, że Google za darmo rozdaje dostęp premium. Nie zmienia to wiele, bo znowu gry trzeba kupić, ale cóż… Dają to trzeba brać?

GeForce Now działa na nieco innej zasadzie.

Weźmy takiego Steama na ten przykład. Mamy gry, które już kupiliśmy, cieszymy się nimi na naszym przewypasionym sprzęcie. W końcu PC Master Race zobowiązuje, nie? Stało się nieszczęście, komputer trafił przysłowiowy szlag, z klawiatury klawisze wyleciały, kot podrapał firanki, pies nahaftował na dywan, a dziewczyna okazuje się puszczać na boku – słowem – dramat w trzech aktach, pełną gębą. Jak to zwykle z nałogami bywa, grać trzeba, by zachować choć pozory zdrowia psychicznego, żeby się nasza zwyczajowa droga do pracy lub szkoły nie zmieniła nagle w jedną z misji w Dead Rising, a jedyne co nam w domu pozostało to laptop z 2011 roku, pieszczotliwie nazywany Śrutem i druga połowa z podejrzeniem syfilisu. I tutaj, niczym klin o poranku po imprezie pojawia się wybawienie – GeForce Now. Nawet w wersji darmowej, pozwala na zalogowanie się do własnego konta Steam, na Śrucie, który nagle przestał być takim problemem i odpalenie tej konkretnej, zakupionej przez nas wcześniej gry, która ma nam pomóc w poprawieniu sobie nastroju, w jakże dramatycznych okolicznościach przyrody. Ostatecznie może się też okazać, że ktoś się zwyczajnie przeprowadza i nie trzeba brać w wątpliwość „puszczalności” drugiej połowy, ale to akurat mało ważne.

GeForce Now
GeForce Now / fot. Nvidia

W skrócie, Nvidia robi jedną prostą rzecz. Za dobre słowo, w wersji darmowej, albo zielonych kilka, wynajmuje nam mocno wypasiony sprzęt, który odwala całą robotę w renderowaniu zakupionych przez nas wcześniej gier i pozwala na granie zdalne, na wirtualnej maszynie. W przeciwieństwie do Google Stadia, całość działa zaskakująco znośnie i nawet na niekoniecznie potężnym łączu internetowym, możemy cieszyć się całą biblioteką zakupionych przez nas wcześniej gier.

Gdzie się pojawia problem?

Więksi i najwięksi z Bethesdą, Electronic Artsem i Activisionem na czele stwierdzili, że skoro oni nie zarabiają, to nikt nie będzie, więc zażądali wycofania swoich gier z usługi, jaką Nvidia oferowała. Szczerze, to nawet zaskoczony nie jestem. Każda z tych firm i nie tylko zresztą one, mają kompletnego szmergla na punkcie zarabiania. Do granic absurdu wręcz. Żaden to grzech, bo tajemnicą nie jest, że od zarabiania pieniędzy są i nic im bardziej nie wisi jak zadowolenie klienta. Nie wszystkie firmy, żeby sprawiedliwie było. Taki CD Projekt Red namieszał ostatnio ogłaszając, że nie będzie konieczne kupowanie nowej wersji Cyberpunka 2077 na nowe platformy, kiedy już grę mamy. Co do innych to nawet jakoś przesadnie zaskoczony nie byłem. Chęć sprzedaży tego samego produktu po raz kolejny nie jest niczym nowym, a jak już wspominałem, kasa jest najważniejsza, a klient, jak ten tępy budyń i tak kupi. Moje zdziwienie jednak podejrzanie podskoczyło, kiedy tzw. Mali zaczęli robić dokładnie to samo. O ile ci wielcy i najwięksi mogą mieć klienta w głębokim poważaniu, na co klienci sobie całkowicie zasłużyli, to niekoniecznie wielcy developerzy, zniżający się do metod takiego EA, trąci delikatnie parodią.

No i oczywiście stało się. Stało się tak śmiesznie, że aż zatęskniłem za magicznymi czasami fizycznych dystrybucji gier, kiedy kupowało się nośnik i już. Twórcy gry The Long Dark, w osobie Raphaela van Lieropa, który w swoim tweecie stwierdził:

fot. Twitter

No i jakoś się z gościem nie zgadzam. Bo widzicie… Developer, nawet w tym przypadku ma idealną kontrolę nad tym, gdzie znajduje się jego dzieło. Znajduje się na Steamie, na koncie, które należy (w teorii do mnie) dlatego, że za grę już zapłaciłem. Kolejna rzecz. Jeśli ty, developerze rościsz sobie jakieś prawa do tego, że możesz mi dyktować na jakim sprzęcie w grę kupioną od ciebie gram, to coś ci się, w ramach odspawania od rzeczywistości, pomyliło.

Nvidia, oczywiście chcąc zachować dobre stosunki z producentami gier, zdjęła rzeczony tytuł z listy gier, które można na GeForce Now odpalić. A szkoda. Dlatego, że w mojej opinii, developerowi do tego, na czym gram w grę, czy na moim kompie, czy na pożyczonym, czy zdalnie, czy lokalnie – tyle samo, co do małoletniej córki sołtysa. Możesz się ślinić, ale za blisko nie podchodź, bo psami poszczuję.

Tworzy się bardzo nieprzyjemny precedens.

Jak pisałem wcześniej, tych dużych i największych, to ja naprawdę o jakiekolwiek ludzkie odruchy w stronę klientów nigdy nie podejrzewałem. W chwili jednak, kiedy okazuje się, że moja własność, faktycznie licencja elektroniczna, za którą zapłaciłem, nie określa jasno kto mi czego może zabronić, to zaczyna się robić mało przyjemnie. Jeśli polecimy w absurd, to prędzej czy później okaże się, że mogę grać w konkretne tytuły tylko na konkretnych modelach monitorów, wyprodukowanych przez jedyne słuszne firmy. Zaczęło się jakiś czas temu i robi się coraz gorzej.

Gry jako usługi to zło samo w sobie, ale teraz to ktoś zwyczajnie przesadził. No i najsmutniejsza część. Tu nawet nie chodzi o pana Raphaela. On po prostu powiedział to, co wszyscy wycofujący z GeForce Now gry myślą. Nvidia nie złamała żadnego prawa, nie nagięła żadnych przepisów. Po prostu mieli dobry pomysł, który działa i daje dobre rzeczy graczom. Nie możemy mieć nic fajnego, ponieważ kasa. Klienci nieważni. Albo Nvidia odda im część, albo i całą kasę za to, że wpadli na dobry pomysł, albo zabiorą zabawki i pójdą na swoje podwórko. Nie licząc się z tym, że przez własne rozdmuchane ego i chęć zarobienia pieniędzy za, dosłownie, nic – strzelają sobie w kolano. Ja na przykład wiem, że The Long Dark nigdy nie zagości w mojej bibliotece gier. Kto wie czego mi zabronią następnym razem?

Usługa GeForce Now była jednym z tematów w naszym podcaście Dwóch po dwóch. Możecie posłuchać, od około 23 minuty.