Motorola nowy rok zaczyna od podwójnego tupnięcia, ale taką trochę wychudzoną nogą i bez przesadnej siły. Przy czym trzeba zaznaczyć – co zresztą sami na konferencji potwierdzili – że to na pewno nie jest ich ostatnie tupnięcie i dopiero się rozgrzewają. Pokazali dwa nowe smartfony – Motorola Moto g10 i Motorola Moto g30, czyli budżetowce na miarę budżetowca.

Dlaczego od razu budżetowce? Wynika to przede wszystkim z ich cen, bo w zależności od modelu, zapłacimy 699 lub 899 złotych. Właśnie przez to dwie nowe Motki plasują się w kategorii „dla wszystkich”. Dla tych, którzy nie mają wygórowanych wymagań, ale też chcą mieć pewny smartfon i jak najlepiej wyposażony w swojej cenie. A trzeba przyznać, że nowe Moto pod tym względem mogą powalczyć z innymi budżetowcami w grupie, gdzie już jest naprawdę tłoczno.

Moto g10 i Moto g30

Co jest w nich fajnego? Na pewno to, że pod obudową mają spory, ale nie zaskakujący żadnego z konkurentów akumulator – 5000 mAh. Bez problemu powinno udać się dobić nawet do dwóch dni bez konieczności podładowywania. Na plus jest ekran 90 Hz, ale tylko w Moto g30, co w tej klasie sprzętu jest rzadko spotykane. 20-watowe ładowanie w droższym modelu to nic nadzwyczajnego, tym bardziej, że Moto g10 naładujemy z dwukrotnie mniejszą mocną. Dobrze na papierze wyglądają też procesory Snapdragon, choć dopiero po testach można będzie sprawdzić jak sobie radzą. No i Android 11, prawie czysty co zawsze w Motoroli chwaliłem i chwalić będę.

Motorola Moto g10
Motorola Moto g10 / fot. Motorola

Nie można było nawet liczyć na coś lepszego niż IPS, ale martwi mnie to, że ekrany mają tylko 1600 x 720 pikseli. W mojej ocenie powinno tu być minimum Full HD (szczególnie przy 6,5-calowej przekątnej), nawet jeśli mówimy o budżetowcach. I to w 2021 roku. Tak, NFC jest jakby ktoś pytał. USB-C i mini jack też.

Aparaty? Są. Standardowo, jest ich kilka, jeden od ściągania rozpikselowanego gołębia z dachu, a drugi do robienia zdjęć sąsiadki w nocy. A tak już na serio, nie oczekuję od tych aparatów niezwykłych rzeczy, niezależenie od tego w jak pięknych i wyniosłych słowach opisali je w notce prasowej. Pewnych granic się nie przeskoczy i nie sądzę by było lepiej niż w takiej wspomnianej już i dwukrotnie droższej Motce G 5G.

Motorola Moto g10
Motorola Moto g10 / fot. Motorola

Co z tymi nazwami?

Mam wrażenie, że Motorola nie ma jeszcze idealnego pomysłu na nazwy swoich smartfonów. Ok, można przyjąć, że chcą zrobić porządek, bo w końcu po Moto g9 pojawiła się Moto g10. Ja jednak nadal nie byłbym w stanie wskazać jednoznacznie czy coś z dopiskiem Power jest lepsze od Play czy Plus. I odwrotnie. Wspominałem już o tym przy okazji recenzji Moto G 5G. Teraz mamy G10 i G30. A co dalej? Nie wiadomo. Może G11 albo G10 Power. A może G95 albo G100?

Dobrze, że coś się dzieje na rynku, ale mam wrażenie, że w przypadku smartfonów Moto robi się trochę… nudno. Nie zrozumcie mnie źle, powyższe modele na pewno zgarną dla siebie trochę rynku, bo Motorola raczej większości osobom kojarzy się pozytywnie, ale to nic innego jak tylko trochę zaktualizowane smartfony, które już gdzieś widzieliśmy. Trochę zmienione tu, trochę tam i cyk – mamy nowy smartfon. Życzę sukcesów, ale liczę na coś z większym pazurem.