Jakiś czas temu Kuba przetestował słuchawki Meizu POP i według niego, choć produkt jest niezwykle ciekawy, nie jest to jeszcze czas na „prawdziwie bezprzewodową” rewolucję. Były to pierwsze słuchawki tego typu na łamach galaktycznego. Ja jeszcze takich nie testowałem, ale zmieniło się to w chwili, gdy na biurku wylądowała paczka z BlitzWolf BW-FYE1. Przez to, że kiedyś testowałem ładowarki od BlitzWolf to wiem czego mogę oczekiwać w kwestii jakości, a teraz mogę sprawdzić to w przypadku słuchawek.

Mógłbym napisać, że nastała era bezprzewodowych słuchawek, ale zaraz zapytacie, gdzie ja się przez ostatnie lata chowałem, skoro „bezprzewodówki” to żadna nowość. Tak, tylko teraz musimy to rozgraniczyć na słuchawki, które łączą się bezprzewodowo z urządzeniem i te, które poszły o krok dalej i łączą się bezprzewodowo same ze sobą – bez żadnych kabelków, pałąków, adapterów i tak dalej. I właśnie BlitzWolfy, które przetestowałem należą do tej drugiej grupy – to tak zwane „true wireless erabuds”, co ciężko jest przetłumaczyć na polski, ale chyba wszyscy wiedzą o co chodzi.

BlitzWolf BW-FYE1
BlitzWolf BW-FYE1

Zazwyczaj staram się pomijać informacje o opakowaniu, bo nikogo to raczej nie interesuje, a jakie opakowanie jest, każdy widzi. Tym razem muszę o tym wspomnieć, ale tylko dlatego, że pudełka są dwa i jedno z nich jest niezwykle ważne. Słuchawki są umieszczone w małej, czarnej szkatułce, która nie tylko je chroni w trakcie transportu, ale też ładuje. To trochę taki powerbank do słuchawek, który ma litowo-polimerową baterię 700 mAh, a same mają po 50 mAh każda. Wystarczy je odłożyć na miejsce, by podładować. I nie martwcie się – nie ma szans na pomyłkę, bo słuchawki mają taki kształt, że pasują tylko w jednym ułożeniu.

Pudełko jest niewielkie i razem ze słuchawkami waży około 60 gramów. Bez problemu schowany jest przykładowo w kieszeni spodni czy damskiej torebce (gorzej w drugą stronę, gdy będziemy chcieli je stamtąd wyjąć). Pudełko ładujemy przez microUSB, a o stanie naładowania sygnalizuje nas 4-stopniowy wskaźnik.

Nie jestem zaskoczony tym, że pudełko z obu stron jest zabezpieczone folią, a to dlatego, że rysuje się i zbiera tłuste zabrudzenia jak oszalałe. Poważnie, kilka razy czyściłem je w trakcie robienia zdjęć do recenzji, a i tak nie wiem czy się udało. Jestem niemal pewien, że zostało wykonane z tego samego materiału co wspomniane już 2-portowe ładowarki BlitzWolf.

Tyle o pudełku, czas na słuchawki.

Zacznę od tego, że BlitzWolf BW-FYE1 nie wyglądają jak każde inne słuchawki. Przykładowo, takie Apple AirPods wyglądają po prostu tak jakby ktoś od zwykłych słuchawek odciął przewody i wsadził je sobie do uszów (słuchawki, nie przewody). Można stwierdzić, że testowane BlitzWolfy mają trochę kosmiczny wygląd i nie mają tak regularnego, powtarzalnego kształtu jak inne. Tutaj gdzieś wgłębienie, tutaj wystająca „łezka”, tutaj zaokrąglenie. Ciężko jest je pomylić z jakimś innym modelem.

Na pierwszy rzut oka słuchawki mogą wydawać się nieco toporne, ale w rzeczywistości tak nie jest. Jedna słuchawka waży około 6 gramów, więc są bardzo lekkie i gdy wsadzimy je do uszów to nie czujemy żadnego dyskomfortu. Nawet po dłuższej sesji nie bolą uszy. Ale właśnie, zanim je wsadzimy, trzeba wiedzieć jak to najlepiej zrobić. Zacznę od tego, że słuchawek na pewno nie pomylimy stronami – raz, że mają nieregularny kształt, a dwa, że mają oznaczenie na gumowej wypustce. Przetworniki z silikonową nakładką zostały umieszczone pod kątem i to też nie jest przypadek. Po prostu wyjmujemy je z pudełka, wkładamy do uszów, ale na koniec warto je jeszcze trochę przekręcić do przodu, by wspomniana już wypustka zakotwiczyła się w małżowinie. Wtedy będziemy mieć pewność, że podczas biegania nie wypadną.

BlitzWolf BW-FYE1
BlitzWolf BW-FYE1

Ale czy to oznacza, że zawsze będą się idealnie trzymać? Niezupełnie. Testując takie słuchawki zawsze kręcę energicznie głową na prawo i lewo i liczę czas po jakim wypadną. BlitzWolfy wytrzymały 24 sekundy i wypadły tylko dlatego, że zwiększyłem prędkość. Można to zaliczyć do ekstremalnych testów, bo przecież nikt nie będzie tak robił podczas normalnego użytkowania. Podczas rekreacyjnego biegania będą siedzieć w uszach jak trzeba. Jedyne co może się przytrafić to lekkie obluzowanie, ale na to też są sposoby – albo poprawimy je sobie ręką albo zainwestujemy w nakładki piankowe Comply, które dopasowują się do kształtu ucha i lepiej się trzymają.

Jedyne co mnie wnerwia w tych słuchawkach w kwestii wyglądu to błyszcząca powierzchnia w stylu „piano”, która szybko zbiera paluchy i tłuste zabrudzenia. Sytuacji wcale nie ułatwia forma słuchawek, które przez to trudno jest dokładnie wytrzeć. Aaa i jeszcze jedno – słuchawki mają IPX4, ale to wcale nie oznacza, że jak się zabrudzą to można je wrzucić pod kran i umyć. Nic z tych rzeczy. Taki standard świadczy o tym, że słuchawkom nie jest straszny pot czy zachlapanie (np. jak podczas biegania złapie nas deszcz).

Ok, ale jak działają i grają?

BlitzWolf BW-FYE1 to słuchawki, które łączą się ze smartfonem przez Bluetooth 5.0. Tak, to najnowsza wersja tego standardu, która w zasadzie jest udoskonaleniem Bluetooth z funkcją Low Energy. W skrócie? Ma sprawić, że będziemy mogli przesyłać większą paczkę danych w krótszym czasie, a zasięg połączenia z urządzeniami zwiększy się nawet czterokrotnie. To teoria, bo w praktyce nie zauważyłem i nie usłyszałem żadnej różnicy w porównaniu do poprzedniej wersji „blutacza”.

W efekcie, wyjście w słuchawkach do łazienki czy drugiego pokoju powodowało przerywanie lub całkowity zanik dźwięku. Ale największe oczy zrobiłem jak przez przypadek oparłem się o biurko i zakryłem uszy rękami. Wyobrażacie sobie, że dźwięk w słuchawkach zaczął przerywać, raz grała jedna słuchawka, a raz druga albo obydwie przestawały? Telefon leżał pół metra ode mnie, a muzyka leciała ze Spotify. Nie wiem czy problem występuje w innych tego typu słuchawkach, bo ja spotykam się z tym pierwszy raz, ale nie mniej, jest to dziwne.

BlitzWolf BW-FYE1
BlitzWolf BW-FYE1

Słuchawki mają komunikaty głosowe i pierwszy usłyszymy już po otworzeniu pudełka – poinformuje nas, że słuchawki same się włączają, a gdy już są sparowane z jakimś urządzeniem, to jeszcze się z nim same połączą. Nie pamiętam jednak czy jest komunikat o niskim stanie baterii, bo nie słuchałem aż tak długo, by się rozładowały (powinny po około 3 godzinach), a poza tym, zawsze odkładałem je do tego małego pudełeczka, które jest przecież powerbankiem do słuchawek. Przez miesiąc tylko dwa razy ładowałem samo pudełko, więc nagłe rozładowanie nie powinno być problemem.

Jak na słuchawki za 150 złotych i w dodatku bezprzewodowe grają dobrze, ale pod żadnym względem nie sprawiły, że piałbym z zachwytu.

Coś czuję, że to słuchawki dla osób, które lubią popowe, elektroniczne kawałki, czyli takie w sam raz do biegania czy na siłownię (choć to zależy, kto czego słucha i kiedy). Najlepiej jest jednak słuchać na poziomie około 70-80% głośności, bo powyżej słuchawki nie wyrabiają i z przyjemnością to nie ma za wiele wspólnego. W przypadku szybszych, rockowych kawałków dźwięki się na siebie nakładają. I jeszcze bas, a raczej jego brak. Poważnie, jeżeli ktoś szuka kopułek, które „jeb*ą basem” to musi zdecydować się na coś innego. Grają przyzwoicie, ale na pewno nie jest to jakość Hi-Fi jaką chwali się producent. Poza tym, nie obsługują protokołu aptX.

Sterowanie jest proste, bo każda ze słuchawek ma swój przycisk, choć zauważyłem, że nie zawsze działa to tak jakbym tego chciał. Krótkie naciśnięcie przycisku, niezależnie na której słuchawce, wznawia lub zatrzymuje odtwarzanie. Dłuższe przytrzymanie tegoż przycisku na prawej słuchawce włącza kolejną piosenkę. Analogiczny ruch przy lewej słuchawce powinien włączyć poprzednią, ale tak nie jest i włącza ten sam utwór, ale od początku. Szybkie, dwukrotne kliknięcie w przypadku telefonu z Androidem uruchamia asystenta Google (zapewne działa to podobnie z Siri w Apple).

Przez słuchawki można też prowadzić połączenia głosowe i na pytanie „Czy dobrze mnie słychać?”, dostałem tylko odpowiedź, że „normalnie”. Nic nie przerywało, nic nie trzeszczało, więc jako zestaw słuchawkowy też się nada (tym bardziej, że można także używać tylko jednej słuchawki – prawej).

BlitzWolf BW-FYE1 – czy warto?

Jest to mój pierwszy kontakt z „prawdziwie bezprzewodowymi” słuchawkami i mimo tego, że nie był to model ani z najwyższej półki cenowej ani od wiodącej firmy zajmującej się audio, to jestem zadowolony, choć na początku nie sądziłem, że tak będzie. Za około 150 złotych dostajemy słuchawki, które nie mają żadnych kabli, są wygodne i w miarę dobrze trzymają się w uszach, a do tego zapewniają przyzwoitą , ale też specyficzną jakość dźwięku. Owszem, jest kilka minusów czy niedociągnięć (jak chociażby Bluetooh 5.0, które jest chyba tylko po to, by ładnie wyglądało w specyfikacji), ale nie są to takie rzeczy, które skreślają te słuchawki na starcie.

Słuchawki BlitzWolf BW-FYE1 w chwili publikacji tej recenzji kosztowały około 150 złotych.

thumbs-up-icon

Plusy
  • Przyzwoita cena jak na możliwości
  • Nietypowy, ale równocześnie ciekawy kształt
  • Lekkie i wygodne
  • Niewielkie pudełko z funkcją ładowania
  • Komunikaty głosowe
  • Certyfikat IPX4
  • Trzy rodzaje nakładek w zestawie

thumbs-down-icon

Minusy
  • Pudełko wykonane z błyszczącego plastiku, który łatwo się rysuje
  • Bluetooth 5.0 tylko z nazwy
  • Słuchawki łatwo się brudzą
  • Brak aptX